piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...

wrony

piątek, 02 września 2011

Kiedy dostałam do recenzji książkę "Ja, anielica" wybierałam się właśnie na urlop. Cieszę się bardzo, że miałam znowu okazję zajrzeć w życie Wiktorii, Piotra, Azazela (mojego ulubionego bohatera), Beletha i Kleopatry.

Dla przypomnienia odsyłam recenzji poprzedniej części - "Ja, diablica"

Tym razem Wiktoria - ponownie wplątana we wszystko przez diabły - trafia do nieba, albowiem Azazel, po nieudanym zamachu w piele, postanawia otrzymać skrzydła i zostać ... aniołem. Niezbyt dobrym aniołem, dodajmy:)

Niestety, pani Miszczuk od ostatniej książki niezbyt rozwinęła swój talent literacki. Niemniej, nic to książce nie odbiera. Nie jest ważne, że postaci nie są zindywidualizowane, nie jest ważne, że są bardzo papierowe. W zasadzie nic nie przeszkadza. Książka jest rewelacyjna. 

Dialogi śmieszą, sytuacje wyciskają łzy (ze śmiechu), narracja przyprawia o zawrót głowy (ten pozytywny). 

Ponownie Miszczuk łączy komedię, fantastykę, kryminał, romans i powieść obyczajową. Biorąc z każdego gatunku to, co najlepsze, napisała książkę może niezbyt ambitną, ale rewelacyjnie odprężającą. 

 

Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, anielica, Warszawa 2011

Premiera książki: 28.09.2011

 


19:56, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (7) »
czwartek, 06 stycznia 2011

Cóż może być bardziej fascynującego i intrygującego od skąpanego we mgle przedwojennego miasta i legendy o diable czyhającym na ludzi na każdym kroku? A. Taylor pokazuje nam, że nic. „Zaułek diabła” bowiem mami nas i fascynuje specyficznym klimatem, historią o sile nadprzyrodzonej i odrobiną faszystowskiej filozofii.

Taylor uchodzi za jednego z najlepszych twórców kryminałów między innymi dlatego, że buduje wielowątkowe fabuły i tworzy głębokie oraz charakterystyczne postaci. Tak samo jest i z „Zaułkiem diabła.”

Lydia Langstone po desperackiej ucieczce od męża faszysty i despoty, chroni się w londyńskiej kamienicy przy Bleeding Heart Square 7. Na tym nie kończą się jednak jej problemy. Lydia bowiem poznaje tajemnicę budynku – podobno sam diabeł przybył tam na uroczyste przyjęcie i wydarł serce pani domu, pozostawiając je krwawiące na ulicy. Brzmi intrygująco? Teraz dopiero akcja zacznie się rozwijać, bowiem nasza bohaterka postanawia odkryć tajemnicę zniknięcia panny Penhow. Pomaga jej w tym młody i przystojny Rory Wentwood, próbując odpowiedzieć na pytanie, kto obserwuje dom na Bleeding Heart Square i kto wysyła paczki z … krwawiącymi sercami.

Ale Taylor nie skupia się tylko i jedynie na zagadce kryminalnej. Rewelacyjnie naświetla Londyn lat 30-tych XX wieku. Nakreśla powoli rodzący się ruch faszystowski, pokazuje polityczne zawieruchy i specyficzne nastroje przedwojenne. Londyn Taylora to miejsce brudne, ciemne i żałosne. To miasto kryzysu politycznego, gospodarczego i społecznego. Autor prowadzi nas przez ciemne zaułki, jadłodajnie i dzielnice z tanimi dziwkami.

Najbardziej jednak akcentowany jest motyw odejścia Lydii od męża. Autor próbuje przedstawić nader nowoczesną kobietę, odbiegającą od wzorca kulturowego ówczesnego społeczeństwa. Kobietę, która musi odnaleźć się w nowej sytuacji. Kobietę z wyższych sfer, która z dnia na dzień musi zmienić swoje poglądy, swój sposób na życie i swoje przyzwyczajenia.

Na początku, książka chwilami nuży, wywołuje lekko depresyjny nastrój u czytelnika, ale od połowy przyspiesza, żeby w zawrotnym tempie wciągnąć odbiorcę w wir wydarzeń, zagmatwane meandry zagadki kryminalnej i specyficzny klimat przedwojennego miasta pogrążonego w kryzysie.

Taylor to jeden z najlepszych twórców powieści kryminalnych. Buduje wielowątkowe, inteligentne fabuły okraszone genialnie niemalże skonstruowanymi postaciami. Kto w to wątpi, niech przeczyta „Zaułek diabła”, a już nigdy nie będzie chciał odłożyć książek z Taylora na  tzw. wieczne przeleżenie.

 


 

***********

recenzja ukazała się rownież a portalu www.dlalejdis.pl

20:07, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (5) »
czwartek, 30 grudnia 2010

„Kudłata” mogłaby spokojnie posłużyć za podręcznikowy przykład literatury kobiecej i chick – litu. Dorota Berg  napisała bowiem powieść odtwórczą, opartą na motywach i schematach literatury popkulturowej. Dobrze odrobiła swoją pracę domową – widać, że czytała i Grocholę, i Szwaję.

Kudłata – dla niektórych Wiktoria - to typowa bohaterka chic-litu. Nie jest ani piękna, ani brzydka, ani mądra – ani głupia, ani młoda – ani stara. Z jednej strony nic jej nie wyróżnia spośród tysięcy 30 –parolatek w Polsce, z drugiej – każda z kobiet odnajdzie w niej coś z siebie.

Wiktoria najpierw kończy długoletni związek zakończony zdradą jej partnera, następnie wpada w jeszcze gorszy. Po kilku latach bezsensownego trwania w małżeństwie, bohaterka postanawia wziąć rozwód i zacząć żyć od nowa. I zaczyna – z dwójką dzieci, rozstępami, długami i czterema przyjaciółkami. Wiktoria buduje więc swój świat powoli i z pieczołowitością. Zdobywa pracę, wypija z przyjaciółmi hektolitry wina i wylewa tyleż samo łez. Wychowuje dzieciaki, staje się pracoholikiem, a na końcu układa sobie cudowne życie.

Szczerze mówiąc, nie wiem, czy lubię bohaterkę. Raczej jest mi obojętna. Ale jedno jest pewne – miejscami jej zazdroszczę. Wszystko udaje się jej znakomicie – znajduje świetną pracę, dzieci nie przysparzają zbyt dużo kłopotów, zakochuje się. W życiu jednak jest zazwyczaj inaczej, wiele rzeczy idzie bardziej „pod górkę”. A cukierkowe zakończenie raczej denerwuje, niż wywołuje optymizm. Ale z drugiej strony, musi być tandetnie i kiczowato, bo  tego wymaga gatunek i specyficzne czytelniczki tego specyficznego nurtu.

Kudłatą” czyta się lekko i szybko. Co prawda nie przynosi nic nowego i czytelnik ma nieprzerwane wrażenie, że gdzieś to już kiedyś czytał, ale Dorota Berg dodaje do tego masę śmiechu, przyjaźni i zwykłego życia. Co prawda, do Grocholi jej daleko, ale może już za kilka lat Berg stanie się nową „Szwają”?

 


 

**********

recenzja ukazała się również na portalu DLALEJDIS.PL

09:55, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 listopada 2010

To nie jest książka, którą się czyta w tramwaju wiozącym nas do pracy. To nie jest książka, którą się czyta w pociągu. To nie jest książka, którą się czyta w pośpiechu. To książka, którą się czyta na spokojnie, przy lampce wina, przy cieplej (dobrej!!) herbatce. Najlepiej pod kocykiem, kiedy w tle sączy się fajna muzyka.

Gretę poznajemy w sytuacji, kiedy opuszcza ona szpital. Zostawiłam za sobą przesiąknięte rozpaczą łóżko, sąsiada z bloku B, nałogowego onanistę, i pielęgniarkę obciętą na jeża z powodu jednego z pacjentów, który gdy miała je dłuższe, złapał ją za nie i mało nie skręcił jej karku*. Nie wiemy, dlaczego bohaterka w szpitalu się znalazła; wiemy jedno – chce uciec. Zacząć wszystko od nowa, zapomnieć… O czym?? Też nie wiemy… Każdy chce czasem uciec – Greta swój plan wciela w życie. Przyjaciółka odwozi ją na dworzec, żegnają się i … bohaterka zaczyna wszystko od nowa. Od tej pory prowadzi swoje samotne życie. Lubię swoją samotność. Nie rozumiem ludzi, którzy się jej boją. Samotność pozwala na zaczynanie każdego dnia od nowa bez obawy, że jest się za kogoś odpowiedzialnym, że jeśli wstaniemy za późno z łóżka, ktoś nie dostanie na czas śniadania, a ktoś inny będzie miał zasikanego pampersa** . Samotnośc pozwala mieć kontrolę. Ale czy naprawdę jest jej tak dobrze? Czy naprawdę odpowiada jej pracowanie po 14 godzin na dobę? Praca jest dobra, bo pozwala zapomnieć (choć na chwile). Czy naprawdę pasują jej krótkie, szybko kończące się i bezprzyszłościowe romanse? To pozwala nie brać odpowiedzialności za drugiego człowieka... Greta wybiera samotność. Samotność jest najbezpieczniejsza, bo wtedy nikt cię nie skrzywdzi, nikt z bliskich ci osób nie powie ci nic przykrego, nie obrazi, nie sprawi, że będzie się płakało. Ale w pewnym momencie w życiu Grety pojawia się On...Chomik...Mały, bezbronny i uzależniony od niej całkowicie wystraszony zwierzaczek bez ogonka. Czy pierwsza - od dwóch lat - żywa istotka zmieni postępowanie bohaterki? (pytanie retoryczne:) )

 

Edyta Szałek zadebiutowała Snem zielonych powiek niemalże genialnie. Dawno nie zdążyło mi się czytać równie dobrej polskiej książki z kręgu literatury popularnej. Autorka w sposób niemalże czarodziejski wprowadza czytelnika w świat bohaterki. Język powieści jest na tyle magiczny, że niemalże czujemy zapach chomiczych trocin, czujemy smak tortu serowego i magicznego drinka, który popija bohaterka. 

Jakby nie patrzeć, Edyta Szałek nie napisała książki odkrywczej - o samotności już było; o wyścigu szczurów -  było; o miłości - było; motywy oniryczne - były. Ale Edyta Szałek na niezwykły dar - potrafi tak pisać, ze w jej bohaterce widzimy wszystkie nasze lęki, w bohaterce widzimy to, przed czym sami uciekamy. Ale napisała Edyta Szałek książkę magiczną, pełną  wieloznaczności i niewiadomych. Stworzyła Szalek nowy świat.

Zakończenie... Wieloznaczne, trochę zadziwiające, trochę niepasujące do całości, ale - napiszę to chyba 15 raz - magiczne.

Z niecierpliwością, wielką niecierpliwością, czekam na kolejną powieść Edyty Szałek. 

 

**********************************************

* E. Szałek, Sen zielonych powiek, Zakrzewo 2007, s. 15

**Ibidem, s.33

13:19, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 września 2010

O oswajaniu śmierci poprzez śmiech, humor i ironię pisałam niedawno tutaj. I oto mamy powieść z podobnego  –bardzo ostatnio modnego – nurtu.

Wiktoria zostaje zamordowana i trafia do magicznego korytarza, który okazuje się piekielnym – niezmiernie podobnym do naszego ludzkiego – urzędem, który przydziela nowym mieszkańcom miejsce zamieszkania i nowe zadania. Nasza bohaterka dostępuje zaszczytu – nie będzie zwykłym mieszkańcem piekła, ale stanie się diablicą, dostanie klucz i jabłko – symbol nie tylko grzechu pierworodnego, ale również władzy. I oto będzie werbowała nowych mieszkańców, tzn będzie toczyła walkę z aniołami o dusze śmiertelników (prawie jak w moralitecie).
Ale Wiktoria ze śmiercią pogodzić się nie może. Podróżuje więc pomiędzy piekielnym Los Diablos, a swoją ziemską kawalerką i żyje(dzięki diabelskim umiejętnościom)
na dwa etaty. A towarzyszą jej w tym zakochany diabeł – Beleth, Kleopatra (ta Kleopatra!) czy całkiem zwyczajna  śmierć.  Poznajemy też Azazela, który postanawia przeprowadzić w piekle rewolucję i odebrać władzę Lucyferowi.

Bohaterowie Ja, diablica są do siebie bardzo podobni. Brak im, niestety, indywidualizmu językowego, brak i też właściwie jakiegokolwiek innego indywidualizmu; trochę się zlewają, ale jakoś to w odbiorze książki nie przeszkadza. Czytelnik w zasadzie ( i bez zasady też) ich lubi, czuje do nich sympatię, a  już samo użycie w tytule zaimka „ja” uwierzytelnia – jeśli tak można w ogóle napisać – fabułę. Taki prosty zabieg sprawia, ze czytelnik od początku czuje się związany z bohaterami i ciekawy jest ich dalszych losów.  A oni – choć już nieżywi – kochają, nienawidzą, lubią, denerwują się, kłócą się.

Miszczuk raczej relacjonuje niż ocenia postępowanie bohaterów. W jej powieści brak nachalnego moralizatorstwa, a to sprawia, że czyta się ją jeszcze przyjemniej. Zdarzają się co prawda banały w stylu carpe diem, ale ani one nie rażą ani nie odpychają. A to wielki pozytyw – napisać powieść, która w założeniu ma przekazać proste życiowe prawdy bez namolnego pouczania.

Powieść to połączenie komedii, kryminału, fantastyki i romansu. K . B. Miszczuk rewelacyjnie posługuje się znanymi ogólnie popkulturowymi schematami, motywami i tematami – zmienia je, bawi się nimi, przypomina, przerabia. Dodaje do tego  masę uroczego humoru i tworzy mieszankę wybuchową. Ale jakże urokliwą.

 

 

 

tytuł: Ja, diablica
autor: K.B. Miszczuk
wydawnictwo: W.A.B
premiera: 6.10.10
ISBN: 978-83-7414-824-5


sobota, 03 kwietnia 2010

Najpierw trochę treści.    

Otóż jest tak:  bohater książki zakłada sobie profil o tutaj . Wymyśla nicka, podaje wymiary i ... już. po 9 sekundach poznaje 1 Miłość swojego życia, potem 2, 3, 4 i tak do 66. Ale żeby nie było tak łatwo, to książkę możemy podzielić na 3 części. Najpierw bohater – facet znajduje kolejne miłości (gada z nimi na gg, na skypie, na żywca, spotyka się z nimi, uprawia seks od pierwszego wejrzenia no i jest dobrze), potem – ten sam facet zmienia się w kobietę i dalej miłości swoich poszukuje (i wplątuje się w czworokącik ze swoją sąsiadką i jej nieletnią córką w rolach głównych; no i szuka miłości (męskiej), ale to tylko w wolnych chwilach). A potem… Przepraszamy za chwilowy brak książki. Z powodu dezercji narratorów i narratorek pisarz stracil na czas jakiś orientację i zmuszony został wziąć sprawy we własne ręce. Ale dzięki temu będzie mógł wreszcie wypowiedzieć się szczerze i bezpośrednio, czyli bez ściemy. A więc, do dzieła. (s. 146) No właśnie. Teraz, przynajmniej teoretycznie, poznajemy autora, który dalej szuka, następnie postanawia się uśmiercić i trafia do gejowskiego raju.  Dobra, tyle treści.  

Powieść (ale czy to na pewno powieść??) jest, że tak powiem, dość specyficzna. Żurawiecki w doskonały wręcz sposób kpi ze wszystkiego, z czego można. Kpi z miłości, kpi z jakichkolwiek wartości, kpi z ograniczeń, kpi z Boga, z kościoła, z biskupów. I na pewno jest  to dzieło w pewien sposób antychrześcijańskie i pełne antychrystianizmu. Tak, Moi Drodzy. Żurawiecki w naszym pięknym, katolickim kraju pisze o biskupie, który odprawia takie a nie inne „czary” nad dupą bohatera/ki (a jakie dokładnie, musicie sami przeczytać), podśpiewując przy tym „Zwycięzca śmierci, piekła i szatana” czy „Mazurka Dąbrowskiego”.   

Mnie zwalił z nóg Żurawiecki swoim dwustronicowym spisem różnych rodzajów miłości. Od tej od „pierwszego wejrzenia”, poprzez tę „na klatce”, po tą „na całą śmierć”. Co fajne, to to, że autor nie szokuje. Tzn. szokuje, jasne, ze szokuje, ale nie na tyle, by książkę tę określić mianem skandalu, a raczej oryginału.  Żurawiecki rewelacyjnie gra z czytelnikiem. Gra w grę, w której nie wiadomo, co jest prawdą, co kłamstwem, kim jest bohater, kim jest narrator, kim jesteśmy my w tym całym cyrku:) 

Jaka jest ta książka? Smutna? Wesoła? Naiwna? Banalna? Jest śmieszna, przynajmniej miejscami i w pierwszej płaszczyźnie. Śmieszy nas komizm słowny, gra słów, konteksty literackie, nawiązania i takie tam…
Ale w gruncie rzeczy powieść to mocno dołująca.

 

A na deser kilka cytatów. Oto i one: 

 -        obejrzymy coś jeszcze przed snem? Bareję albo jakiś pornos?
-         Wiesz, jestem wykończony dzisiejszym dniem. Może jednak Bareję. (miłośc nr2, str. 44)   

 

Za górami, za lasami była sobei miłośc mego życia. Miała wielki pałac nad morzem, którego drugiego brzegu na próżno wypatrywala w dni lsniące słoncem na błękitnej tafli. (m.nr. 24, s. 81)  

 

Bo męska rzecz to być daleko i się kurwić, choćby w sieci,  a kobieca wiernie czekać.  

Ona jest tak zazdrosna, że kiedyśmy powiedziała, że jak by mnie zlapala na niewierności, to by mnie wykastrowała, gdybym była facetem (m. nr28, s. 98)

 -         Myslisz, że ona cierpi?
-         Kto?
-         Twoja żona. Chyba się domyśla, ze ty i tu, i tam…
-         Bo ja wiem? Pewnie cierpi. Wszyscy cierpimy. Taki nasz narodowy charakter, nie? (m. nr.23, s.135)    

07:17, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 lutego 2010

Gdyby Wiśniewski zamiast pisać - śpiewał, ciągnęłyby za nim tłumy roznegliżowanych nastolatek niczym apostołowie za Jezusem czy główna bohaterka jednego z jego opowiadań za Madonną.

O tym, że Wiśniewski jest rewelacyjnym pisarzem popkulturowym ( i dlaczego jest rewelacyjny) pisałam tu i tu

 

A teraz wracamy do „Zespołu napięć

Po pierwsze: fascynujemy się nauką (Syndrom przekleństwa Undine)

Matylda nie wierzy w Boga, bo Bóg to zabobon. Matylda wierzy za to w dobro ludzi. I wierzy w Jacoba. Nawet gdyby nie chciała, musi wierzyć. Cierpi na syndrom przekleństwa Unidine, który cechuje się  brakiem kontroli oddechu podczas snu (przepona przestaje się poruszać, a chory nie oddycha i umiera). Jacob z zza ściany kontroluje oddech Matyldy. Jest przy niej co noc, buduje z nią świat złożony z drucików, agregatów, monitorów, rozruszników i sensorów. Ale ich życie składa się też z opowieści o germańskich mitach, opowieści o gwiazdach, o matematyce, fizyce, wojnie, upadku Muru Berlińskiego. Bo Jacob wie wszystko, na wszystkim się zna i odpowiada na wszystkie pytania. Nie jest tylko monitorującym aparaturę Martyny informatykiem, ale jest przede wszystkim przyjacielem.

Wiele osób twierdzi, że to opowiadanie jest o tym, żeby być dobrym. Jak dla mnie jest ono o tym, żeby dobrze wykonywać swoją pracę, żeby się jej poświęcać niezależnie od tego, czy pracujemy w zawodzie czy sprzątamy kible (wybaczcie kolokwializm). Ale jeśli jest się przy tym dobrym, to jeszcze lepiej.



Po drugie: gramy na uczuciach ( Anorexia nervosa)

Wracamy do Samotności w sieci. Niestety. Wiśniewski znów w znakomity sposób znowu gra na uczuciach ludzkich. Ale o ile w Samotności było to w miarę nowe i, w pewien sposób, fenomenalne w polskiej literaturze masowej, o tyle tutaj – raczej denerwuje i sprawia, że ma się ochotę odłożyć książkę i nigdy więcej do niej nie wracać. Pod żadnym pozorem.

Mamy dwójkę bohaterów, którzy prawie jak Jakub i Natalia z Samotności, poznają się przypadkiem, zakochują się w sobie, a potem przez kilka stron mamy zbędny słowotok o tym, jaki to on jest cudowny, mądry i idealny, a ona dobra, wspaniała i kochająca. Później on (tak jak Natalia) wyjeżdża i na tymże wyjeździe ginie. A ona, jak przystało na idealną kobietę, w ramach rozpaczy postanawia zatopić się w swoim smutku, przestaje jeść i zaczyna chorować na anoreksję. Ale, ale… Żeby nie było. Zakończenie nie jest tutaj tak brutalne, jak w Samotności. Jest wręcz zakończone iskierką nadziei.

Gdyby nie ta tania wrażliwość i tani sentymentalizm.

"...najbardziej żałuję tych wszystkich grzechów, których nie zdążyłam z nim popełnić"

 

Po trzecie: chyba mamy fetysz na punkcie nadgarstków (Kochanka)

Kolejny ograny schemat i motyw. Kochanka zakochana do obłędu w swoim idealnym (mającym tylko jedną wadę – żonę) mężczyźnie, cierpiąca w milczeniu i marząca o dziecku, żeby mieć TYLKO DLA SIEBIE choć kawałek swojego faceta (zresztą, to nieźle egoistyczne podejście, ale to sprawa drugorzędna).
I znowu Wiśniewski wraca – do tak dobrze znanego z Samotności – motywu całowania nadgarstków.

Wbrew pozorom jednak nie jest to opowiadanie złe – ośmielę się nawet powiedzieć, że jedno z najlepszych w całym zbiorze. Pełne smutku, rozczarowania, chorej miłości, poniżenia i niemożności zmienienia swojego życia. To opowiadanie o chorej miłości i chorym stosunku do niej; to opowiadanie o przywiązaniu i próbie stabilizacji.

Po czwarte: Eva Braun - zmarła Hitler ( Noc poślubna)

Tutaj, panie Wiśniewski, chylę czoła. Gdyby zawsze pisał pan w takim stylu – chłonęłabym pana książki jeszcze szybciej i częściej.

Najbardziej autentyczne i zapadające w pamięć opowiadanie. Narratorką jest Magda Goebbels, która opisuje kilka ostatnich dni III Rzeszy.  Ale nie tylko. Poznajemy kilka niechlubnych plotek o kobietach III Rzeszy, o mężczyznach III Rzeszy, o dzieciach III Rzeszy.

Po piąte:  (Menopauza)

A to opowiadanie, niestety, mnie znudziło i zatrzymałam się w jego połowie, nie czując żadnej potrzeby, aby brnąć dalej.

Po szóste: czyli męski punkt widzenia (Cykle zamknięte)

Kilka opowieści o miłości, kilka wspomnień marynarzy wypływających w półroczne rejsy. Opowiadania pisane z perspektywy mężczyzn, dla mężczyzn i – wbrew pozorom – o mężczyznach.

**********

 

Tytułowe zespoły napięć nie są bohaterami opowiadań. Przemykają pomiędzy, trochę bardziej  wyeksponowanymi, tematami (miłości, śmierci, opuszczenia, wyniszczenia) tak, jakby autor w jakikolwiek sposób – trochę na siłę - chciał do nich nawiązać. Tworzą klamrę - – menstruacyjną klamrę – która tak naprawdę nic nie wnosi, bo żeby ją w ogóle zauważyć, trzeba się skupić i szukać. Tak, pierwsze opowiadanie jest o pierwszej, ostatnie - o ostatniej miesiączce. I tyle. Niestety. Wiśniewski szczyci się tym, że tak wspaniale rozumie naturę kobiety. Jak dla mnie, to wszystko jest bardzo powierzchowne. Bo można by się w ogóle zastanowić, kto jest bohaterem opowiadań pana W. I czy aby na pewno jest to kobieta? Dobrze, że Wiśniewski interesuje się umysłami kobiet. Dobrze. Ale to tyle. Nie robi tego nadmiernie wnikliwie i dokładnie – mnie bynajmniej nie przekonuje. Ja bym się nawet ośmieliła powiedzieć, ze w jego prozie to mężczyzna wychodzi na pierwszy plan, a kobieta jest co najwyżej narratorką, która istnieje tylko po to, żeby być jego odbiciem, uzupełnieniem i istotą, która go wielbi i podziwia niczym prawdziwego Tarzana. Bardzo, ale to bardzo, nie lubię mężczyzn u Wiśniewskiego. Oni są zazwyczaj przejaskrawieni, przewrażliwieni na swoim punkcie, są zadufani w sobie i genialni. Mężczyzna jest inteligentny, cudowny, czuły, rozumiejący, wrażliwy – jest prawie jak kobieta, a to denerwuje mnie jeszcze bardziej. Kobieta natomiast w tym zbiorze jest … nikim… Nie istnieje bez swojego faceta; jest uległa, nie ma swojego zdania, jest płaczliwa i bezwolna. Po prostu bezwolna, mi się to bardzo nie podoba.

 

Wiśniewski gra na uczuciach i raczej wzrusza czytelnika, niż zmusza go do jakiekolwiek refleksji. Dla jednych to zaleta, dla innych – wada. Dla mnie jego książki (oprócz wspomnianej już genialności wpisania się w popkulturę) to hmmm… chwila odpoczynku i rzecz, o której zapominam tak szybko, jak książkę przeczytałam.

Mnie nie przekonuje. Jego prozę dobrze się czyta i tyle.
Rewelacyjnie, genialnie i wprost idealnie wchodzi się w schematy kultury popularnej. Brawurowo gra na uczuciach; wie, czego czytelnik oczekuje i podaje mu to na tacy. Trafia do niego. Gra na ogranych motywach, ale o to przecież w popkulturze chodzi.

Wiśniewski ma swój styl i swój język. Jest rozpoznawalny, ale nie wiem, czy to dobrze… Bo w gruncie rzeczy wszyscy jego bohaterowie – nawet jeśli noszą inne imiona (albo nawet nie)niczym się między sobą nie różnią – są jedną i tą samą osobą. Nie różnią się nawet stylem mówienia.

 

p.s. Kiedyś chciałabym przeczytać po prostu WIŚNIEWSKIEGO, a nie autora, który ukrywa się pod płaszczykiem kobiecości.

 

poniedziałek, 08 lutego 2010

Wampir z Ropraz to nie powieść. To też nie nowela. To opowiadanie, którego fabuła osadzona jest w zacofanej i zabobonnej Szwajcarii początku XX wieku.

Otóż w roku 1903 na miejski cmentarzu w Ropraz zostają odnalezione zwłoki młodej pięknej dziewczyny. Ale to nie wszystko. Zwłoki są rozszarpane, głowa prawie oderwana, serce wycięte, a przezute części jej ciała porozrzucane są po cmentarzu. Co w takim wypadku staje się priorytetem malej wiejskiej społeczności? A i owszem - znalezienie mordercy, tym bardziej, że kolejne zwłoki są bezczeszczone, a święta ziemia cmentarna kolejny raz przekopana...

Kim jest tajemniczy morderca, tytułowy wampir? Nie myśl czytelniku, że będziesz musiał rozwiązać kolejną zagadkę kryminalną. O nie! Tym razem autor podaje nam wszystko na tacy. Wiemy, kto jest podejrzany, kto aresztowany. Wiemy też, że za wampira uznany zostaje Charles-Augustin Favez. Bo któż lepiej pasuje na zboczonego zabójcę, jak nie człowiek chory, z czerwonymi oczami i wielkimi zębami? W dodatku ten, który gwałcił jałówki (!)? Cóż z tego, że dowody nie wskazują jednoznacznie na Faveza, a badania lekarskie mówią o tym, że ten dwudziestoletni facet nie byłby w stanie (ani fizycznie ani psychicznie) zabić człowieka. nie! Ludność Ropraz i okolicznych wiosek ma swojego wampira i to jest najważniejsze.

 

Tak naprawdę to Wampir nie jest jakimś tam sobie makabrycznym opowiadankiem. To studium przemieniania się zwykłego (?) człowieka w ofiarę, którą niekoniecznie jest. To też studium tego, jak strach, niepewność i ekstremalna sytuacja wpływa na człowieka. Chessex zadaje nam też pytania o to kiedy, gdzie i dlaczego rodzi się w człowieku zło. Zadaje pytanie o to, co jest ważniejsze - racjonalizm czy przeczucia i chęć zaspokojenia swojego (złudnego) poczucia bezpieczeństwa (prawie jak Mickiewiczowskie szkiełko i oko:) )

 

Narrację Chessex prawie bez przerwy zmienia - raz pisze w 1.osobie, raz w 3. Raz jest w centrum wydarzeń, raz - z boku. Raz jest obiektywnym narratorem - to znowu stosuje mowę pozornie zależną.

Bardzo, ale to bardzo podobało mi się, kiedy autor w pewnych momentach przechodzi w styl niemalże biblijny. Zaczyna zdania od spójnika, buduje wypowiedzi w sposób typowy dla KsiegiKsiąg. A to (oraz  krucyfiksy, czosnki i inne "czynniki obronne")  z kolei świetnie kontrastuje z protestancko-kalwińską Szwajcarią.

 

Zakończenie tak naprawdę jest bardzo proste, ale też sugestywnie - bardzo sugestywnie - pokazuje, jak przewrotne może być życie, jak łatwo z kata stać się bohaterem, jak z mordercy stać się tym, przy którego grobie modli się dziennie kilka setek osób. Dusznie, strasznie, ciemno i mrocznie jest w tym opowiadanku. Ale może to i dobrze... ?

 

 

 

Tych, którym proza szwajcarskiego prozaika się podoba - lub chcą po prostu poznać go bardziej - odsyłam do "Literatury na świecie", gdzie swego czasu publikowane były eseje, wiersze i inne teksty Chessexa. Szkoda tylko, ze żadna jego powieść nie doczekała się jeszcze polskiego tłumaczenia.

 
1 , 2 , 3
Blog Forum Gdańsk 2010