piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
Kategorie: Wszystkie | czy ten pan i pani | idę na plażę | peggy sue nie wyszła za mąż | sound of silence | szybki numerek | wrony
RSS

peggy sue nie wyszła za mąż

niedziela, 25 kwietnia 2010

Teraz będzie szybciutko i treściwie.

 

 

 

PLUSY:

+ muzyka (spokojnie niepokojąca!!!)

+ + rewelacyjne połączenie amerykańskiego slashera z japońską klątwą (a to chyba mogę policzyć jako dwa plusy - bo naprawdę mi się to podobało)

+ kilka fajnych efektów (niestety, tylko kilka)



MINUSY:

- miejscami zbyt mocno (i łopatologicznie) zaznaczona ingerencja bohaterów w siły przyrody

- brak jakiejkolwiek psychologizacji bohaterów i brak ukazania jakichkolwiek relacji pomiędzy nimi.

- przydługi i bezcelowy wstęp oraz niepotrzebne "dodatkowe" zakończenie

- beznadziejne aktorstwo

 

 

 

 

p.s. ludzie nie czytają!! do tego, jakże odkrywczego,  wniosku doszłam, kiedy w pracy wymyślaliśmy nazwę dla mojego ukochanego roweru. powiedziałam, że nazwę go Behemot - o co chodzi wiedziało 5 osób (na 23 zatrudnione!!!!!!), potem nazwę zmieniłam na KARENIN (dobrze, ze nie na Wroński) - tutaj okazało się, że jedynie 3 osoby kojarzą taką powieść jak "Anna Karenina" - i ani jedna jej nie przeczytała. Pomijam już to, że kilka osób nie wiedziało nawet, kto to jest Tołstoj.

wtorek, 26 stycznia 2010
Kubuś jest bohaterem mojego dzieciństwa. Zaraz po Smurfach i Gumisiach; zdecydowanie prześciga Kaczora Donalda czy Myszkę Miki. I nic, nigdy!!, nie zmieni mojej miłości do Misia o Bardzo Malym Rozumku:) Nic! Nawet te okrutne spekulacja, jakoby Kubuś był Zombiakiem, mordercą czy otylym fanem miodku a jego przyjaciele - żądnymi zemsty potworami:) UWAGA! DLA OSÓB O MOCNYCH NERWACH:)
niedziela, 11 października 2009

Otóż wczoraj późną nocą asfaltowa_dziewczynka obejrzała „Piłę”. I przyznaje się bez bicia – to był jej pierwszy raz. To znaczy z pierwszą częścią, bo pozostałe dziewczynka już widziała.

 

 

 

„Piła” jest filmem typowo popkulturowym – niskobudżetowa produkcja, która rewelacyjną reklamą zyskała rzesze fanów. Szkoda tylko, że reklamą, a nie innowacją, dobrą produkcją i dobrą grą aktorską. Powiedzmy sobie szczerze – „Piła” filmem jest średniawym i mocno niedopracowanym w szczegółach.

Założenie mamy takie samo, jak w „Cube” Vincenzo Natali.  Obce sobie osoby, zamknięte w małym pomieszczeniu i muszące rozwiązać zagadkę psychopaty. Tutaj chwilowo podobieństwa się kończą, bowiem w „Pile” mamy tylko dwóch porwanych, poza tym z przyczyn od nich niezależnych poruszać się nie mogą, a poza tym zagadka nie jest tak skomplikowana, jak w filmie Natali.



James Wan prowadzi widza przez kilka historii. Mamy więc retrospekcje przekazywane nam przez dra Gordona, ale mamy też równoległą historię jego żony i córki, mamy historie poprzednich zbrodni Pana Zagadki i próby ich rozwiązania, mamy w końcu historię nie mniej psychopatycznego od Jigsawa policjanta opętanego żądzą zemsty.  To początkowo męczy, bo widz przyzwyczajony do tego, ze dostaje wszystko na tacy ,  tutaj musi się trochę wysilić i kojarzyć kolejne fakty – a nie oszukujmy się, o 2 w nocy jest to trochę utrudnione. Poza tym, informacje dostajemy – przynajmniej na początku – w sposób zdecydowanie niechronologiczny. Ten film to taka trochę „powieść szkatułkowa” -  najpierw mamy dwie ofiary zamknięte w starej fabryce (?), jeden z bohaterów opisuje swoje doświadczenia z tym, który ich uwięził, stąd przechodzimy do opisu dawnych zbrodni Pana Zagadki (swoją drogą zastanawiam się czy nie jest to przypadkiem ukłon w stronę Kinga i jego Pana Dzwoneczka – to ciągłe podkreślanie „Pan Zagadka”, „Pan Dzwoneczek” – nie oszukujmy się, żaden policjant nie nazwałby psychopatycznego zabójcy „Panem” ), żeby z kolei poznać motywy postępowania równie „opętanego”  detektywa , który daje nam pogląd na żonę i córkę Lawrenca i wrócić do łazienki i naszych wspaniałych bohaterów – o których troszkę więcej później – skąd znowu trafimy do innej rzeczywistości.  Taki zabieg sprawia, że akcja mocno się rozmywa, a wątkiem głównym nie jest ani to, że Adam i Gordon są w pułapce i muszą się z niej wydostać; ani to, dlaczego tam się znaleźli; ani to w końcu to, dlaczego Pan Zagadka (czy jak wolą niektórzy Pan Układanka) poddaje próbie niewinnych (?) obywateli – mamy kilka wątków i żaden z nich nie wysuwa się na prowadzenie. Z drugiej jednak strony pozwala to spojrzeć na wiele rzeczy z kilku przynajmniej punktów widzenia.

Wróćmy jednak na chwilę do bohaterów. Fotograf i lekarz prezentują dwie skrajne postawy. Jeden z nich – krzyczy, próbuje wszelkimi sposobami wydostać się z pułapki, drugi – spokojnie i praktycznie bez emocji stara się racjonalnie ocenić sytuację. Mi bliżej do Adama, który robi dużo hałasu i mocno panikuje. Zresztą, taka postawa wydaje mi się zdecydowanie bardziej prawdopodobna psychologicznie. Już pomijam fakt, że zachowanie obu panów jest głupie i bardzo irracjonalne, a pomysł z odcinaniem sobie nogi nocno…naciągany (swoją drogą, dlaczego najpierw nie spróbowali ich sobie złamać, a potem bardziej „elastyczne” wyciągnąć z kajdan albo dlaczego Gordon nie przestrzelił łańcucha pistoletem i w końcu, dlaczego po prostu nie zabił Adama, skoro takie były zasady gry??– ale co ja tam wiem, mnie w końcu nikt nie zamknął w piwnicy z kajdankami na nogach (ironia) ).  Ale tak naprawdę widz nie może utożsamiać się z żądnym z bohaterów.  Detektyw David Tapp sugeruje, ze to Lawrenc jest mordercą, więc nie do końca mu (Gordonowi) ufamy, jednocześnie nie możemy wierzyć Adamowi, bo jest on tym, który śledził, widział i nie pomógł.  Detektyw – czyli tak naprawdę jedyny sprawiedliwy w tym filmie – też odpycha, bo wydaje się owładnięty maniakalną potrzebą zemsty i odnalezienia Pana Zagadki, a więc z zasady – jako chory psychicznie – jest uznany za niegodnego zaufania.
No właśnie… Policja w filmie jest masakrycznie nieprofesjonalna, że zęby zgrzytają. Ja już pomijam to, ze przeprowadzają przesłuchanie Gordona bez adwokata, pomijam to, że przesłuchują niedoszła ofiarę Pana Układanki (Amanda) bez psychologa, ale po kiego grzyba jadą na potencjalne miejsce zbrodni tylko we dwóch? Czemu nie wzywają wsparcia???



Co fenomenalne, w „Pile” nie ma zabójcy. Umówmy się – Jigsaw nikogo nie zabił. Ba! On nawet nikogo nie torturował. On co najwyżej zamyka bohaterów w specyficznych pomieszczeniach i warunkach, ale daje im klucz do wyjścia.  A tylko od nich zależy, co z tym zrobią.  Psychopata daje im wybór – rezygnujesz z czegoś na rzecz swojego życia. I w dodatku ich „nawraca”. Prawie jak John Doe w „Siedem”, który uważa sięga Boga i stara się naprawić społeczeństwo (nota bene Tapp mocno przypomina detektywa Somerseta).  Co więcej, on każe za grzechy odpokutować i zrozumieć swój błąd (żałuję za grzechy i pragnę się poprawić). Jeśli bohater nie zrozumie i się nie poprawi – trudno, gra skończona; nie wykorzystał szansy i musi ponieść tego konsekwencje. John Kramer – jak już napisałam – nie zabija, on co najwyżej doprowadza do sytuacji, w której ludzie popełniają samobójstwo lub doprowadzają do sytuacji, w której wola życia jest mniej silna niż strach. Ale! Nasz psychopata pomaga też odpowiednio żyć – naprowadza na dobrą drogę, a Amanda mówi nawet, że … jej pomógł. Jigsaw (a jego słowami i czynami twórcy filmu) stawiają pytanie czy jesteśmy w stanie wyzbyć się człowieczeństwa i zasad, aby ocalić samych siebie i swoje rodziny? Na ile jesteśmy zdolni zrobić coś, co nie jest zgodne z naszym kręgosłupem moralnym. I właśnie to jest pytanie – jak zachowujemy się w sytuacjach ekstremalnych?

 

 



„Piła” uznawana jest za film z gatunku gore, ale jak dla mnie do tego jej bardzo daleko. Po pierwsze – gore jest podgatunkiem horroru, a „Piła” jest co najwyżej thrillerem.  Po drugie ona tak naprawdę nie jest brutalna, tam nie ma krwi, flaków. W ciągu 1,5 godziny filmu są może dwie sceny, które można uznać za przepełnione brutalnością (ale trzeba naprawdę tę brutalność chcieć zobaczyć, jedną niech będzie wycinanie przez Amandę klucza z brzucha jakiegoś faceta i moment, kiedy Gordon odcina sobie nogę). Mamy więc w „Pile” wszystko, czego potrzeba – mgłę, ciemność, stare i opuszczone fabryki, mamy też przekonanie, ze zło czeka na ans wszędzie i niebezpiecznie blisko –a dopada nas ciągle, w czasie snu, w czasie pracy, w najmniej odpowiednim momencie,  ale brutalności tam trochę brakuje.

 

 

 

Dwie kwestie zostały jeszcze do omówienia – tytuł i aktorstwo. Polski tytuł „Piła” odnosi się do narzędzia, którym bohaterowie muszą zadać sobie ból, ale tak naprawdę jest to sprawa drugorzędna. „Saw” bowiem to wyraz pochodny od „see” czyli „widzieć”, które odnosi się do 1. widzieć cel życia, widzieć swoje powołanie, widzieć, jak zmarnowano sobie życie i widzieć, ze  Kramer pamaga nam je naprawić; 2. odnosi się do tego, ze bohaterowie za każdym razem byli obserwowani, nagrywani i sami obserwowali wiadomości, które im przekazano i widzieli (albo i nie) swoje błędy.
A aktorstwo to chyba najsłabsza strona filmu. Cary Elwes bardziej śmieszy niż przeraża, a finałowa scena, w której bledszy niż kreda wypełza  z łazienki raczej powoduje spazmatyczny śmiech niż lęk czy współczucie.  Poza tym – przynajmniej mi – nieodmiennie kojarzy się z Robin Hoodem (Robin Hood: Men in Tights)  czy, o zgrozo!, z Janem Pawłem II, którego też zagrał. Leigh Whannell wypada żałośnie, nie przekazuje swoim aktorstwem żadnych emocji, nie czujemy jego gry, a jego przesadzone miny wręcz denerwują. Michael Emerson (znany bardziej z „Lostów” niż z „Piły”) przemyka się przez ekran prawie niezauważalnie. Prawie cały czas widzimy tylko jego ręce, Tył głowy, ewentualnie kawałek płaszcza – a on był w założeniu największą „perełką” tego filmu, a Danny Glover, który ogólnie rzecz biorąc aktorem jest dobrym, dał tutaj wielką plamę i nieudolnie próbował naśladować Morgana Freemana ze wspomnianego już ”Siedem”.
W ogólnej więc rozgrywce aktorzy wypadają co najmniej kiepsko.

Asfaltowej_dziewczynce zdecydowanie „Piła” nie przypada do gustu…

p.s. proszę, jeśli tylko ktoś wie, niech mi wytłumaczy, dlaczego na jednym z plakatów jest odcięta ręka??

 

Tagi: film
22:14, asfaltowa_dziewczynka , peggy sue nie wyszła za mąż
Link Komentarze (7) »
sobota, 05 września 2009

UWAGA SPOILERY!!

 

Motyw dziecka w horrorze jest niezwykle popularny i wdzięczny. Bo cóz bardziej wzruszy, wystraszy i zmusi do refleksji niż los i cierpienie biednego, małego, bezbronnego dziecka? Sceny, w których dzieci stają się ofiarami sił ciemności, budzą przerażenie, choćby ze względu na to, że są niewinne i czyste, a muszą tak straszliwie cierpieć i najczęściej samotnie zmagać się ze złem.

Dziecko w horrorze jest postacią pojawiającą się niezwykle często i spełniającą specjalną rolę. Jest zdecydowanie bardziej wrażliwe niż dorosły - to właśnie ono jako pierwsze wyczuwa wrogie siły oraz szczególnie łatwo ulega opętaniu.

I ten odwieczny problem ( skrzywdzonego dziecka) wykorzystuje Jaume Balaguero w "Delikatnej". Katalończyk wykorzystał ten stereotyp prawie perfekcyjnie. Prawie robi jednak wielką różnicę. Cóż zatem mamy w filmie? Przez pierwszą godzinę dzieje się ... NIC.

 

W starym, niespełniającym standardów szpitalu (który przenoszony jest już od jakiegoś czasu), pozostała tylko ósemka pacjentów - małych dzieci, co więcej - małolaty mówią ciągle o 'mechanicznej dziewczynce', która krzywdzi je łamiąc im kości. Duch meszka na drugim - zamkniętym od 50-ciu lat - piętrze szpitala (co ciekawe, parter, pierwsze i trzecie piętro są ciągle czynne i używane).

Jako że w szpitalu została też bardzo okrojona ekipa pielęgniarek, lekarzy i ochroniarzy, pojawia się tam Amy Nicholls (Calista Flockhart), aby pełnić nocny dyżur. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że już pierwszej nocy pielęgniarka zostaje ze swoimi podopiecznymi zupełni sama (nie licząc nocnego stróża, który pokazany jest tylko na moment). I o ile to można wytłumaczyć brakiem personelu (którego nota bene w dzień jest strasznie dużo), o tyle nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego służba medyczna na nocnej zmianie bierze tabletki nasenne i … idzie spać…

Wróćmy jednak do fabuły. Amy, która w teorii po nocce powinna mieć wolne, zostaje w szpitalu, aby dalej "pełnić swoje posłannictwo". Już pierwszego dnia spoufala się z Maggie, małą dziewczynką [która (o zgrozo!) przypomina pielęgniarce jej niedawny błąd w sztuce (swoją drogą - skąd całą ekipa szpitala o tym wie?) ] zaznajamiającą ją z historią 'mechanicznej' zamieszkującej nieużywane piętro szpitala. Oczywiście, teraz akcja musi pójść choć trochę do przodu, więc Amy wybiera się na drugie piętro, aby odkryć tajemnicę - w domyśle ze względu na poczucie winy, obowiązku i wewnętrzny nakaz chronienia niewinnych osóbek, postanawia pozbyć się niechcianego gościa. Kto jej pomaga? A jakże. Maggie, która choć przeraźliwie boi się zjawy, to w imię przyjaźni nie tylko pokaże pielęgniarce, jak dotrzeć na przeklęte piętro, ale też będzie na nią niecierpliwie czekać, gotowa w każdej chwili pobiec po pomoc.

Muszę przyznać, ze widok drugiego piętra jest … wręcz fascynujący. I choć wywołuje - może nie strach - ale na pewno niepewność, to zwraca uwagę fakt, że wszystkie sprzęty, zdjęcia, karty pacjentów (dlaczego nie zostały zarchiwizowane?) są niewiarygodnie czyste - zero rdzy, kurzu, śladów zniszczenia. I nie ratuje tego nawet ich prymitywizm, który w założeniu miał podkreślić starość sprzętu. Ale tutaj duch się jeszcze nie pojawia. Amy musi przekonać personel szpitala, ze jednak dzieciaki mają rację i coś nieuchwytnego czai się w murach lecznicy. I prawie jej się udaje. Przekonuje jednego z lekarzy, aby pomógł jej odszukać 'mechaniczną' Charlottę. Błądzą więc po archiwum, przeszukują dokumenty i odkrywają tajemnicę… Jaką? O tym za chwilę.

 

Jaume Balaguero do motywu dziecka dodaje szpital, który jest miejscem - przynajmniej w teorii - służącym odpoczynkowi, rekonwalescencji, ale też zimnym, pustym, bezdusznym i nieprzyjaznym.

Reżyser postanowił zrobić jeszcze "coś", a mianowicie budynek umieścił na odludziu i  w dodatku na wyspie. I o ile wyspa pomysłem była dobrym, o tyle niewykorzystanym. Czemu bowiem miała ona służyć? W standardzie i w teorii jest miejscem zamkniętym (jak motyw zamkniętego pokoju w kryminale), osamotnionym, obszarem, z którego ucieczka jako taka jest utrudniona (lub niemożliwa); jest terenem na którym panują osobne zasady i zupełnie inne reguły, a ludność ją zamieszkująca jest społecznością zamkniętą o własnym - często nieskonfrontowanym z rzeczywistością "pozawyspową" - regulaminie społecznym. Balaguero  nie wykorzystał potencjału motywu, gdyż "przeklętego miejsca" jest w filmie tak naprawdę bardzo, bardzo mało. A szkoda, bo w horrorze najlepsze jest właśnie wtedy, kiedy bohater nie może uciec…

Nie wiem, kto z twórców wymyślił tytuł, ale zrobił to doskonale i jakże wieloznacznie. Bo tak w zasadzie nie wiadomo, do czego "delikatna" nawiązuje i co tak naprawdę oznacza.
Może chodzi o zawód bohaterki (-ek), który w założeniu ma nieść pomoc, pocieszenie i w DELIKATNY sposób doprowadzić do zdrowia. A jeśli do zdrowia doprowadzić nie może - wtedy w DELIKATNY sposób pomaga przejść "na drugą stronę". Cóż zatem za ironia, że 'potworem' jest tutaj (w filmie) ten, kogo najmniej byśmy się spodziewali. Ten, kto niesie DELIKATNE ukojenie i to w DELIKATNY spokój. Co więcej reżyser chyba zadaje tutaj pytanie, ile możemy ( i jesteśmy w stanie) zrobić z miłości i – opacznie zrozumianej – troski. Jeśli tak miało być, to chyba się nie udało...
A może DELIKATNOŚĆ ujawnia się w chorobie Charlotty - osteogenesis imperfecta - która charakteryzuje się łamliwością kości, a więc z dzieckiem trzeba się po prostu DELIKATNIE obchodzić? Niewielka, krucha istotka, której codzienna egzystencja niesie za sobą niemalże znamię katuszy, a jej łamliwe ciałko doświadcza wręcz niewiarygodnego bólu. Ta kruchość jest prawie namacalna i wystawiana na coraz to nowe próby.
DELIKATNA jest też Maggi, która ze względu na swoje 'nadzwyczajne zdolności' ulega 'wpływowi' ducha, DELIKATNA  i podatna na działanie sił obcych jest jej dziecięca, niesplamiona - jeszcze - dusza.
W zasadzie nie wiemy, czy tytuł nie odnosi się też do samej Amy i jej DELIKATNEJ psychiki. Może wcześniejsze doświadczenia nadwyrężyły psyche pielęgniarki i teraz DELIKATNIE (lub też nie) dają o sobie znać. W takim kontekście cały film można interpretować na płaszczyźnie cierpienia człowieka i odpowiedzi na pytanie, ile jesteśmy w stanie udźwignąć na swoich barkach. Na jak długo spada na nas ‘żałoba’ po dawnych winach i na ile mocna (czy krucha, DELIKATNA) okaże się nasza psychika w sytuacji ekstremalnej, stresogennej i dramatycznej.

 

Muzyka  Roque Bañosa dobrze oddaje napięcie, jakie towarzyszy całemu filmowi, ale momentami nudzi elementami przypominającymi śpiewy przyklasztornych mnichów.

W filmie denerwuje straszna nierówność. Przez pierwszą godzinę nic się nie dzieje – dzieci słyszą głosy, pielęgniarka im pomaga, nikt nikomu nie wierzy, Amy idzie na drugie piętro - a potem następuje lawina niewyjaśnionych wypadków. Wszystko przyśpiesza i się wyjaśnia.
Otóż duchem okazuje się – nie jak przypuszczano na początku – mała Charlotte, ale jej pielęgniarka, która chcąc zatrzymać przy sobie mała pacjentkę - łamała jej kości, a teraz krzywdzi nowe dzieci, które znowu maja opuścić szpital, a wraz z nim i naszą „cudowną” opiekunkę.

Jednak jest coś gorszego niż niewspółmierność, a mianowicie zakończenie. Dawno nie udało mi się widzieć czegoś równie komicznego, groteskowego, głupiego i karykaturalnego. Już pomijam fakt, że Maggie, która przez całą akcję panicznie boi się nie tylko wejścia na drugie piętro, ale dostaje niemalże drgawek na samą myśl o ‘mechanicznej dziewczynce’, to w finałowej scenie ucieka na przeklęty korytarz w poszukiwaniu swojego … kocyka. I tam, oczywiście, znajduje ją Amy, która prawie ginie „z rąk” zjawy. Jako że mała pacjentka wpadła w łapy ducha i „postanowiła towarzyszyć pielęgniarce w dalszym zamieszkiwaniu szpitala” (czyli po prostu umarła), Nicols w ramach niespełnionego obowiązku też pada trupem. Ale, ale… Nie może być przecież tak, że dwie główne bohaterki zasną snem sprawiedliwego. Maggi, która w międzyczasie – jak pamiętamy – stała się duchem, składa na ustach Amy ostatni pocałunek, który – niczym pocałunek księcia ze „Śpiącej Królewny”, którą oglądały dzieci na dobranoc – przywraca jej życie.

Problem polega jednak również na tym, że "Delikatna" ani nie straszy ani nie wywoluje lęku. Wywoluje, co najwyżej, chwilowy (bardzo krótki) niepokój. Nie sprawia też, że widz choć na chwilę zastanowi się nad przesłaniem filmu. nie sprawia, że czujemy ani nienawieści do 'potwora' ani współczucia dla niewinnych ofiar.
To w połączeniu z g

roteskowym zakończeniem prowadzi do tego, że uznaję „Delikatną” za tandetę niewartą zachodu.  Szkoda, bo film nawet dobrze się zapowiadał, ale przy końcu nie ratuje go nic.

Blog Forum Gdańsk 2010