piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
wtorek, 22 września 2009

BYŁA MATKA JOANNA OD PEDAŁÓW – BĘDZIE ŚW. ASIA OD TIROWCÓW

 

 

DLACZEGO „MARGOT” MI SIĘ NIE PODOBAŁA:

  1. Witkowski chciał chyba zabłysnąć i podkreślić swoje polonistyczne korzenie wklepując motto z  Owidiusza i jego „Metamorfoz”, ale jak dla mnie trochę się przejechał. 
    Bohaterowie Witkowskiego przemiany przechodzą – tutaj nie ma dyskusji, ale z przemianami Owidiusza niewiele mają one wspólnego.
    Tytułowa Margot najpierw zmienia się z dziecka (wychowywanego w domu dziecka, wykorzystywanego przez parszywą opiekunkę zwaną niepieszczotliwie „Kapral”) w tirowca (sorry, nie mam pojęcia, jak nazwać kobietę prowadzącą TIR-a, choć w sumie do Margot pasowałoby jak ulał – „tirówka”), a potem „idzie w noc” aby zaspokajać swoje (i nie tylko swoje) żądze seksualne i uprawiać dziki niezobowiązujący seks na parkingu przed stacją benzynową.
    Zmienia się Asia – mala zagubiona i samotna dziewczynka wychowywana przez „moherową” babcię (zresztą, sama Asia porównywana jest – jak dla mnie trochę błędnie -  z Magdy Buczek, a ci którzy to robią chyba nie doczytali) – zmienia się za sprawą cudu boskiego z niepełnosprawnego dziecięcia w … świętą odwiedzającą polskie kościoły i nawracającą zgubione duszyczki.
    Jest jeszcze Waldek – chłopak z polskiej wsi, który przemienia się w gwiazdę polskiej estrady ( i opowiadając swoją historię wyśmiewa polskich celebrytów). Tylko że nie do końca czuję, po co te przemiany są? Czy mają przypominać, że każdy z nas się – w ten czy w inny sposób - zmienia? Tylko czasem na te zmiany musimy poczekać? Czy to kwestia czasu, żebyśmy zrobili ten jeden krok do przodu i zrozumieli,  że to, co było jest już za nami?  A może wręcz przeciwnie – mają pokazać, że nie wszystkie zmiany są dobre i nie wszystkie niosą za sobą prawdziwą przemianę?


                                      



  2. Michał Witkowski w jednym z wywiadów powiedział, ze „Margot” to książka dla każdego (bodajże w DF to było).
    I tutaj następuje mały dysonans – bowiem „Margot” powieścią dla mnie zdecydowanie nie jest!! I ośmielę się nawet powiedzieć, ze proza ta skierowana jest tylko do pewnego rodzaju odbiorców.  Nie każdy bowiem potrafi utożsamić się z bohaterami, którzy są mało realni (mimo wszystko!) i często, przez swoje przerysowanie, denerwujący.

    A poza tym stara ludowa mądrość mówi, ze jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Tak więc pan Witkowski sam pod sobą dołki kopie.


  3. O ile pierwsza część powieści (może lepiej opowiastki) była nowatorska (pod pewnymi względami, oczywiście – jak choćby temat)  o tyle druga – cóż,  nie niesie ze sobą praktycznie nic nowego. Ośmieszanie i karykatura polskiego społeczeństwa i polskiego showbiznessu widoczna była w literaturze od dawna, a i Witkowski  nie wnosi do tego obrazu nic nowego.  Satyra Wiśniewskiego już była, satyra Leszczyńskiego już była, satyra „BB” czy „Baru” też była. Karykatura księdza i Kościoła a jakże! I można by o tym jeszcze czytać i pisać, gdyby autor „Fototapety” miał coś do powiedzenia, a tu, niestety, zonk. Powielane są stereotypy, utarte przekonania,  a postać  Joli Rutowicz zdecydowanie już nie śmieszy…



  4. Reklama na okładce. Po pierwsze – mogę wybaczyć różową, kiczowatą, silącą się na chick-lit okładeczkę, o tyle nie mogę pogodzić się z wyrażeniem „wulgarna i subtelna” – no ja cię proszę… albo subtelna (choć subtelności w tej pozycji nie widzę) albo wulgarna (czy aż taka wulgarna była, też się zastanawiam). Po drugie  reklama typu „prawa do wydanie w Szwecji sprzedano jeszcze przed ukazaniem się książki”  trochę razi, bo sprzedawanie praw do książki przed jej ukazaniem się nie jest niczym nowym, a wręcz jest czymś pospolitym w wydawniczym świecie, a zatem powodu do chwalenia się nie ma (po co się chwalić czymś  powszechnym??)
  5.  

  6. Nierówność w książce bije po oczach.  Pierwsza część to taki misz-masz, pomieszanie z poplątaniem, gadka-szmatka niewiele wnosząca, niewiele za sobą niosąca. Nagromadzenie wulgaryzmów niemalże nieuzasadnione troszkę razi – nie dlatego (Broń Boże!), że gorszą, ale nie mają żądnego w zasadzie sensu, są zbędne i przez to irytują.  I mimo tego, że  w „Lubiewie” też nie wszystko było uporządkowane i wytłumaczone – tam to nie raziło, a tutaj doprowadza mnie niemalże do  histerii.
    Druga część z kolei śmieszy, wyszydza nasze (polskie) przywary i jest dobrze.  Szkoda, ze całość nie była napisana w tym stylu, bo wtedy i owszem (!) potrafiłabym „Margot” obronić.


  7. Nie czuję tej książki, a szkoda, bo jeśli wierzyć Witkowskiemu  - poświęcił na nią parę lat, podróżował TIR-em do Szwecji , zamieszkał z rodzicami, a mamusia przynosiła mu kawę na taras, gdzie godzinami siedział i pisał…. – tym bardziej razi, ze język jest trochę sztuczny, nienaturalny, naciągany i niedopracowany. A cała „Margot” praktycznie wygląda jak napisana tylko po to, żeby zarobić, bo jak sam Witkowski twierdzi – lubi mieć dużo kasy!


  8. Nie potrafię wyczytać drugiego (ani trzeciego ani czwartego) dna książki. Może go nie ma? Chyba jednak wymagałam od Witkowskiego, który przecież złym pisarzem bynajmniej nie jest,  czegoś lepszego niż tandetnego słowotoku.  Pan Michał wybaczy, ale ani wulgaryzmy ani sceny dzikiego seksu już nie szokują.  Ba! One nie wywołują żądnych emocji oprócz irytacji, że znowu mamy to samo.


  9. Witkowski denerwuje mnie jako człowiek, a im więcej jest go w telewizji, w prasie, w Internecie – działa mi na nerwy tym bardziej.

 

 

A DLACZEGO SIĘ PODOBAŁA:

1.  Odwołania literackie (prócz Owidiusza). Mówię tu o odwołaniach, które Witkowski wkłada dosłownie wszędzie. Ale to w sumie u autora widać w każdej książce (czy będzie to „Lubiewo” czy „Fototapeta” czy „ Barbara Radziwiłłówna”)

2.  Porównanie orgii seksualnej do II wojny światowej uważam za niemalże genialne. I choć niektórych może gorszyć – mnie doprowadza niemalże do intelektualnego orgazmu.

Pomieszanie sacrum i profanum.  I nie mówię tutaj tylko o Asi (świętej), ale o każdym z bohaterów, który niesie ze sobą znamiona boskości (każdy w swoim świecie) w tym jakże profanicznym świecie.  







Pozostaje tylko jedno pytanie: może Witkowski wcale nie chciał napisać książki ambitnej, książki którą tłumy będą interpretowały na milion możliwych sposobów?? Może w rzeczywistości chciał napisać coś, co po przeczytaniu czego w głowie nie zostaje nic. Coś, co pozwala po prostu pośmiać się z rzeczywistości, a niekoniecznie zmusi czytelnika do refleksji. Może miała to być książka z cyklu pociągowo-tramwajowych.

 

p.s. Witkowski będzie we wtorek u Kuby Wojewódzkiego – już nie mogę się doczekac:)

10:30, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 września 2009

Kochana Mamo!

Wiem, że ostatnio długo się nie odzywałam, ale to dlatego, że miałam mnóstwo roboty.

Tutaj w Australii jest wprost cudownie. Znalazłam już mieszkanie, więc wyprowadziłam się z mojej speluny do drugiej mojej speluny; uczę się języka, pracuję (pamiętaj: żadna praca nie hańbi), ale na razie nie mogę ci powiedzieć gdzie…

Kangury skaczą pod moim oknem, słoneczko świeci, a ja -w przerwach nauki, oczywiście - opalam się i jestem już prawie czarna, latam na paralotni, skaczę ze spadochronem i wreszcie spełniam swoje marzenia.

Mamusiu, chciałam ci jednak napisać o czymś innym, a mianowicie o moich nowych przyjaciołach - o Marcusie i Frannie. Od razu uprzedzam twoje pytanie - nie! Nie są oni parą. Wiem, ze jesteś tolerancyjna i ze mogę ci wszystko powiedzieć, więc zdradzę ci sekret. Marcus to gej, więc dogadują się prawie idealnie. To typowi amerykańscy nastolatkowie, którzy tak naprawdę nie mają zbyt wielkich problemów. Frannie jest teraz na etapie podrywania Jeffrey`a i mam nadzieję, że go zdobędzie. Co będę dziewczynie żałować, prawda?? Wiesz… mi się wydaje, że to wcale nie jest aż tak dobrym pomysłem i będzie miało duże konsekwencje, ale postaram się nie "krakać"… Okazuje się jednak, Mamo, że ta dziewczyna nie ma za grosz pojęcia, jak poderwać chłopaka, więc Marcus jej pomaga. Pewnie zaraz pomyslisz, że to się źle skończy … i będziesz miała rację, bo ostatnio Marcus zaczął podszywać się pod F. i gada całymi godzinami z Jeffreyem na necie. Wiesz, on się tłumaczy, że  robi to dla jej dobra, ale ja przepraszam bardzo - takiego dobra to ja bym nie chciała… bo to jest tak: F. nie wie, że M. gada z J., J. myśli, że gada z F., a M. przy tym świetnie się bawi i … zakochuje… A w tle pojawia się jeszcze Garry. Skomplikowane to, Mamo, wiem, ale cóż… życie… I wydaje mi się (ba! Ja to wiem), że nic dobrego z tego nie wyniknie…

Oprócz tego u mnie nic nowego. Wszystko OK.  Napiszę niedługo.

Choć wiem, ze nie byłaś zadowolona z mojego wyjazdu - to była najlepsze decyzja w moim życiu.

Pozdrów tatę i trzymajcie za mnie kciuki.
Całuję,

Wasza dziewczynka.

 

 

 

Tak mniej-więcej wygląda sytuacja w książce "M or F" , "Chłopak czy dziewczyna". "M or F?" wywołała na polskim rynku niemałe poruszenie. Nie tylko dlatego, ze to powieść nurtu LGBT, który w naszym pięknym kraju z "gniazdem na gruszy bocianim" jest wciąż - delikatnie mówiąc - mało popularny, ale przede wszytskim ze względu na wydawictwo, które pokusiło o wypuszczenie tej prozy w niewinne rączki Polaków. Otóż oficyna wydawnicza "Znak" - kojarzona przede wszystkim z dziełami czołowych polskich (i nie tylko) Katolików - przetłumaczyła (o zgrozo!) praktycznie chick lit; w dodatku opowiadający (znów: o zgrozo!) o ... geju. A jak wszyscy dobrze wiemy gej ma tyle wspólnego z Kościołem Katolickim w Polsce, co ja z Grace Kelly. Podobno nawet "Znak"  na jakiś czas zaprzestał pracy nad wydawaniem "Chłopaka czy dziewczyny", jako że spotkał się z ogromną nagonką za ten "szaleńczy" pomysł.

Problem polega jednak na tym, że tak naprawdę homoseksualizmu w tej powieści jest niewiele. Marcus to zdeklarowany gej, ale o jego orientacji autorzy praktycznie wcale nie mówią. Jest ona na marginesie, nie jest nachalna i ogranicza się tylko do tego, że chłopak zakochuje się w facecie swojej przyjaciółki.

Powieść Lisy Papademetriou i Chria Tebbetts to leciutka opowieść o życiu dwójki nastolatków w pewnym amerykańskim liceum na prowincji i właśnie dla gimnazjalno-licealnego odbiorcy (w zasadzie tylko dla nich) jest ta książka.  Choć w założeniu (tak przynajmniej deklarują wydawcy) miała ona poruszać 'trudny temat homoseksualizmu' oraz akceptacji siebie samego i innych, to w zasadzie mamy tutaj historyjkę o kilku tygodniach z życia Frannie i Marcusa. Nie ma w niej nic odkrywczego, nowego ani nawet ciekawego. I choć, nie ukrywam, momentami śmieszy, to nie reprezentuje sobą wiele, a jej przewidywalność razi niemalże od samego początku. Spełnia jednak wymogi – tego nie mogę jej odebrać –gatunku (czy ogólnie pojętej kultury masowej), a zatem bawi, pociesza, pokazuje ‘jasny’ i optymistyczny obraz świata.

Jeśli przyjmujemy, że „M or F” to powiastka dla młodego czytelnika - z założenia powinna nieść za sobą  ‘jakieś’ walory wychowawcze. Pytanie tylko, czy rzeczywiście ta książka niesie za sobą w ogóle coś więcej, niż trochę humoru. Gdyby dobrze poszukać, można by powiedzieć, ze „Chłopak czy dziewczyna” uczą tolerancji, ułatwiają próbę odnalezienia siebie i własnego miejsca w świecie, pokazują, ze nie możemy w życiu kierować się stereotypami i przypuszczeniami, musimy być szczerzy , dobrzy, mądrzy, cudowni, wspaniali (tutaj, oczywiście, popadam już w zamierzoną ironię).

Szkoda tylko, że tak naprawdę powieść jest w pewnym sensie niepokojąca. Bo jeśli przyglądamy się dokładnie bohaterom, to dochodzimy do wniosku, że są oni nie tylko dwuznaczni molarnie (Marcus), nie tylko wręcz głupi (Frannie i jej znajomość geografii, historii i matematyki, ale też jej ‘wielki’ problemy pt. „jaką spódnicę ubrać”), ale alarmujące jest też to, że podstawowe relacje międzyludzkie bohaterowie rozwijają tutaj za pomocą Internetu i  nie bardzo potrafią je później przenieść na grunt niewirtualny. Więc jeśli tak ma wygląda współczesna młodzież, to ja się o nią zaczynam poważnie bać.

Wydawać by się mogło, że skoro ksiązka została napisana przez dwójkę w miarę dobrych autorów (dobrych w teorii, bo w rzeczywistości są tylko "rzemieślnikami"), to język bohaterów będzie zindywidualizowany, postaci barwne, psychologizacja pogłębiona, a tymczasem mamy dwójkę nastolatków, którzy nie różnią się niczym - oprócz płci. A szkoda, bo w ten sposób dostajemy kilkaset dokładnie takich samych zdań. 

   *    

Tak naprawdę kolorowymi postaciami są tutaj tylko super-wyluzowani rodzice Frannie i ‘nowoczesna’ babcia Marcusa. Oboje są ironicznym obrazem liberalnych Amerykanów, a autorzy w bardzo delikatny sposób przemycają karykaturę współczesnego świata amerykańskiej prowincji.

Szkoda że psychologizacja bohaterów została pominięta. Praktycznie w żaden sposób nie uczestniczymy w ich „życiu mózgowym” i tak naprawdę niczego się o nich nie dowiadujemy. Oni nie myślą o swoich dylematach, nie analizują błędów, nie zastanawiają się nad problemami. A narrator (3 osobowy, bo mamy też narratora 1-osobowego) nie sili się na jakiekolwiek doinformowanie czytelnika w tej kwestii. Tak naprawdę nie rozmawiają ze sobą i nic (prawie nic) nawzajem o sobie nie wiedzą. A podobno są przyjaciółmi…

Gorsze to niż najgorszy chick-lit, gorsze niż harlequin, gorsze niż Szwaja... Na tyle złe, że chyba szkoda dwóch godzin, których potrzeba na przeczytanie dwóch setek stron. To już lepiej (o zgrozo!) zobaczyć film…

-------------

* różowy trójkąt poczatkowo stosowany był w obozach koncentracyjnych III Rzeszy w ramach oznakowania mężczyzn umieszczonych w obozie za homoseksualizm

Tagi: literatura
18:48, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 września 2009

UWAGA SPOILERY!!

 

Motyw dziecka w horrorze jest niezwykle popularny i wdzięczny. Bo cóz bardziej wzruszy, wystraszy i zmusi do refleksji niż los i cierpienie biednego, małego, bezbronnego dziecka? Sceny, w których dzieci stają się ofiarami sił ciemności, budzą przerażenie, choćby ze względu na to, że są niewinne i czyste, a muszą tak straszliwie cierpieć i najczęściej samotnie zmagać się ze złem.

Dziecko w horrorze jest postacią pojawiającą się niezwykle często i spełniającą specjalną rolę. Jest zdecydowanie bardziej wrażliwe niż dorosły - to właśnie ono jako pierwsze wyczuwa wrogie siły oraz szczególnie łatwo ulega opętaniu.

I ten odwieczny problem ( skrzywdzonego dziecka) wykorzystuje Jaume Balaguero w "Delikatnej". Katalończyk wykorzystał ten stereotyp prawie perfekcyjnie. Prawie robi jednak wielką różnicę. Cóż zatem mamy w filmie? Przez pierwszą godzinę dzieje się ... NIC.

 

W starym, niespełniającym standardów szpitalu (który przenoszony jest już od jakiegoś czasu), pozostała tylko ósemka pacjentów - małych dzieci, co więcej - małolaty mówią ciągle o 'mechanicznej dziewczynce', która krzywdzi je łamiąc im kości. Duch meszka na drugim - zamkniętym od 50-ciu lat - piętrze szpitala (co ciekawe, parter, pierwsze i trzecie piętro są ciągle czynne i używane).

Jako że w szpitalu została też bardzo okrojona ekipa pielęgniarek, lekarzy i ochroniarzy, pojawia się tam Amy Nicholls (Calista Flockhart), aby pełnić nocny dyżur. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że już pierwszej nocy pielęgniarka zostaje ze swoimi podopiecznymi zupełni sama (nie licząc nocnego stróża, który pokazany jest tylko na moment). I o ile to można wytłumaczyć brakiem personelu (którego nota bene w dzień jest strasznie dużo), o tyle nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego służba medyczna na nocnej zmianie bierze tabletki nasenne i … idzie spać…

Wróćmy jednak do fabuły. Amy, która w teorii po nocce powinna mieć wolne, zostaje w szpitalu, aby dalej "pełnić swoje posłannictwo". Już pierwszego dnia spoufala się z Maggie, małą dziewczynką [która (o zgrozo!) przypomina pielęgniarce jej niedawny błąd w sztuce (swoją drogą - skąd całą ekipa szpitala o tym wie?) ] zaznajamiającą ją z historią 'mechanicznej' zamieszkującej nieużywane piętro szpitala. Oczywiście, teraz akcja musi pójść choć trochę do przodu, więc Amy wybiera się na drugie piętro, aby odkryć tajemnicę - w domyśle ze względu na poczucie winy, obowiązku i wewnętrzny nakaz chronienia niewinnych osóbek, postanawia pozbyć się niechcianego gościa. Kto jej pomaga? A jakże. Maggie, która choć przeraźliwie boi się zjawy, to w imię przyjaźni nie tylko pokaże pielęgniarce, jak dotrzeć na przeklęte piętro, ale też będzie na nią niecierpliwie czekać, gotowa w każdej chwili pobiec po pomoc.

Muszę przyznać, ze widok drugiego piętra jest … wręcz fascynujący. I choć wywołuje - może nie strach - ale na pewno niepewność, to zwraca uwagę fakt, że wszystkie sprzęty, zdjęcia, karty pacjentów (dlaczego nie zostały zarchiwizowane?) są niewiarygodnie czyste - zero rdzy, kurzu, śladów zniszczenia. I nie ratuje tego nawet ich prymitywizm, który w założeniu miał podkreślić starość sprzętu. Ale tutaj duch się jeszcze nie pojawia. Amy musi przekonać personel szpitala, ze jednak dzieciaki mają rację i coś nieuchwytnego czai się w murach lecznicy. I prawie jej się udaje. Przekonuje jednego z lekarzy, aby pomógł jej odszukać 'mechaniczną' Charlottę. Błądzą więc po archiwum, przeszukują dokumenty i odkrywają tajemnicę… Jaką? O tym za chwilę.

 

Jaume Balaguero do motywu dziecka dodaje szpital, który jest miejscem - przynajmniej w teorii - służącym odpoczynkowi, rekonwalescencji, ale też zimnym, pustym, bezdusznym i nieprzyjaznym.

Reżyser postanowił zrobić jeszcze "coś", a mianowicie budynek umieścił na odludziu i  w dodatku na wyspie. I o ile wyspa pomysłem była dobrym, o tyle niewykorzystanym. Czemu bowiem miała ona służyć? W standardzie i w teorii jest miejscem zamkniętym (jak motyw zamkniętego pokoju w kryminale), osamotnionym, obszarem, z którego ucieczka jako taka jest utrudniona (lub niemożliwa); jest terenem na którym panują osobne zasady i zupełnie inne reguły, a ludność ją zamieszkująca jest społecznością zamkniętą o własnym - często nieskonfrontowanym z rzeczywistością "pozawyspową" - regulaminie społecznym. Balaguero  nie wykorzystał potencjału motywu, gdyż "przeklętego miejsca" jest w filmie tak naprawdę bardzo, bardzo mało. A szkoda, bo w horrorze najlepsze jest właśnie wtedy, kiedy bohater nie może uciec…

Nie wiem, kto z twórców wymyślił tytuł, ale zrobił to doskonale i jakże wieloznacznie. Bo tak w zasadzie nie wiadomo, do czego "delikatna" nawiązuje i co tak naprawdę oznacza.
Może chodzi o zawód bohaterki (-ek), który w założeniu ma nieść pomoc, pocieszenie i w DELIKATNY sposób doprowadzić do zdrowia. A jeśli do zdrowia doprowadzić nie może - wtedy w DELIKATNY sposób pomaga przejść "na drugą stronę". Cóż zatem za ironia, że 'potworem' jest tutaj (w filmie) ten, kogo najmniej byśmy się spodziewali. Ten, kto niesie DELIKATNE ukojenie i to w DELIKATNY spokój. Co więcej reżyser chyba zadaje tutaj pytanie, ile możemy ( i jesteśmy w stanie) zrobić z miłości i – opacznie zrozumianej – troski. Jeśli tak miało być, to chyba się nie udało...
A może DELIKATNOŚĆ ujawnia się w chorobie Charlotty - osteogenesis imperfecta - która charakteryzuje się łamliwością kości, a więc z dzieckiem trzeba się po prostu DELIKATNIE obchodzić? Niewielka, krucha istotka, której codzienna egzystencja niesie za sobą niemalże znamię katuszy, a jej łamliwe ciałko doświadcza wręcz niewiarygodnego bólu. Ta kruchość jest prawie namacalna i wystawiana na coraz to nowe próby.
DELIKATNA jest też Maggi, która ze względu na swoje 'nadzwyczajne zdolności' ulega 'wpływowi' ducha, DELIKATNA  i podatna na działanie sił obcych jest jej dziecięca, niesplamiona - jeszcze - dusza.
W zasadzie nie wiemy, czy tytuł nie odnosi się też do samej Amy i jej DELIKATNEJ psychiki. Może wcześniejsze doświadczenia nadwyrężyły psyche pielęgniarki i teraz DELIKATNIE (lub też nie) dają o sobie znać. W takim kontekście cały film można interpretować na płaszczyźnie cierpienia człowieka i odpowiedzi na pytanie, ile jesteśmy w stanie udźwignąć na swoich barkach. Na jak długo spada na nas ‘żałoba’ po dawnych winach i na ile mocna (czy krucha, DELIKATNA) okaże się nasza psychika w sytuacji ekstremalnej, stresogennej i dramatycznej.

 

Muzyka  Roque Bañosa dobrze oddaje napięcie, jakie towarzyszy całemu filmowi, ale momentami nudzi elementami przypominającymi śpiewy przyklasztornych mnichów.

W filmie denerwuje straszna nierówność. Przez pierwszą godzinę nic się nie dzieje – dzieci słyszą głosy, pielęgniarka im pomaga, nikt nikomu nie wierzy, Amy idzie na drugie piętro - a potem następuje lawina niewyjaśnionych wypadków. Wszystko przyśpiesza i się wyjaśnia.
Otóż duchem okazuje się – nie jak przypuszczano na początku – mała Charlotte, ale jej pielęgniarka, która chcąc zatrzymać przy sobie mała pacjentkę - łamała jej kości, a teraz krzywdzi nowe dzieci, które znowu maja opuścić szpital, a wraz z nim i naszą „cudowną” opiekunkę.

Jednak jest coś gorszego niż niewspółmierność, a mianowicie zakończenie. Dawno nie udało mi się widzieć czegoś równie komicznego, groteskowego, głupiego i karykaturalnego. Już pomijam fakt, że Maggie, która przez całą akcję panicznie boi się nie tylko wejścia na drugie piętro, ale dostaje niemalże drgawek na samą myśl o ‘mechanicznej dziewczynce’, to w finałowej scenie ucieka na przeklęty korytarz w poszukiwaniu swojego … kocyka. I tam, oczywiście, znajduje ją Amy, która prawie ginie „z rąk” zjawy. Jako że mała pacjentka wpadła w łapy ducha i „postanowiła towarzyszyć pielęgniarce w dalszym zamieszkiwaniu szpitala” (czyli po prostu umarła), Nicols w ramach niespełnionego obowiązku też pada trupem. Ale, ale… Nie może być przecież tak, że dwie główne bohaterki zasną snem sprawiedliwego. Maggi, która w międzyczasie – jak pamiętamy – stała się duchem, składa na ustach Amy ostatni pocałunek, który – niczym pocałunek księcia ze „Śpiącej Królewny”, którą oglądały dzieci na dobranoc – przywraca jej życie.

Problem polega jednak również na tym, że "Delikatna" ani nie straszy ani nie wywoluje lęku. Wywoluje, co najwyżej, chwilowy (bardzo krótki) niepokój. Nie sprawia też, że widz choć na chwilę zastanowi się nad przesłaniem filmu. nie sprawia, że czujemy ani nienawieści do 'potwora' ani współczucia dla niewinnych ofiar.
To w połączeniu z g

roteskowym zakończeniem prowadzi do tego, że uznaję „Delikatną” za tandetę niewartą zachodu.  Szkoda, bo film nawet dobrze się zapowiadał, ale przy końcu nie ratuje go nic.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Czy to, że czytam chick-lit oznacza, ze jestem głupia, mniej inteligentna i jestem "gorszym czytelnikiem"??

 Ogólnie chodzi o to: chick lit to literatura o (i dla??) 20-30-latkach z dużych miast, singielek, które zawsze mają ten sam problem: szukają księcia z bajki, który przyjedzie do nich na białym koniu i zabierze do swego pięknego zamku gdzieś daleko… I wszystko zbudowane jest na takim właśnie schemacie. Dodatkowo jeszcze mamy jakichś tam przyjaciół, parę gagów, kilka komicznych sytuacji i wychodzi coś lekkiego (głupiego?), przyjemnego i niezbyt ambitnego…

Cały spór polega na tym, że niektórzy uważają czytanie takiej literatury za uwłaczające ich godności, nie kalają się czytaniem tegoż, a czytelników, którzy zagłębiają się w nowy amerykański gatunek prozy, biorą za gorszych, głupszych i niemalże obrażających "tych lepszych" czytelników.

Nie mam, niestety, zbyt wiele czasu na to, żeby usiąść w fotelu z kubkiem herbaty (czy z lampką dobrego czerwonego wina) i poczytać, to co wymaga ode mnie skupienia i myślenia. Czytam w tramwaju, czytam w pociągu, czytam w pracy - takie warunki pozwalają mi sięgać tylko po to, co zbytniego zaangażowania mózgu nie wymaga… Dlatego właśnie na co dzień czytam ogólnie pojętą literaturę masową. Bo jest stereotypowa, bo operuje motywami, bo przy niej odpoczywam...

Czy ja naprawdę muszę codziennie czytać Witkiewicza, Becketta, a na deser Kanta??
Czy naprawdę nikogo nie obchodzi, że przeczytałam swego czasu prawie wszystkie dzieła Dostojewskiego, Andruchowicza czy prof. Romanowskiego...? Czy mam się tym szczycić i chwalić, że przeczytałam wszystko, co napisał Kołakowski? Czy znajomość na pamięć 4 ksiąg "Pana Tadeusza" to powód do dumy??

Przez kilka lat studiowania filologii przeczytałam więcej "ambitnej" literatury, niż niejeden Polak przez całe życie. I co z tego, skoro i tak jestem uważana za czytelnika "gorszej kategorii"?? Tylko dlatego, że "ambitnych" książek czytam 12 rocznie, a popkulturowych ponad dwieście...

Tak naprawdę uważam, ze i tak podnoszę średnią czytelniczą Polski na tyle, że wyrabiam normę za 14 moich rodaków…

Czy to, że piszę pracę magisterską z folkloru oznacza jednocześnie, że jestem "wsiurem"??

I tylko się zastanawiam: gdyby wszyscy czytali tylko "DOBRĄ" literaturę, kto dyskutowałby ze mną na seminarium magisterskim o motywie pierścienia w literaturze i o tym, jak to się ma do "Władcy pierścieni" (robiła to prof. Ługowska)? Kto udowadniałby mi, ze literatura dla dzieci wcale nie jest taka zła (robił to prof. Waksmund)? Kto przekonywałby mnie przez cały semestr, że "Egzorcysta" to najlepszy horror wszechczasów (robiła to dr Lubczyńska); kto tłumaczyłby mi specyfikę thrillera metafizycznego (dr Gemra)? Kto napisałby "Słownik kultury popularnej"?

I wreszcie: gdyby wszyscy czytalibyśmy "ambitną" literaturę, skąd wiedzielibyśmy, ze jest dobra?? Nie mielibyśmy punktu odniesienia, a ja nie doceniałabym - czytanej raz w miesiącu - dobrej książki...

W takim razie - że pozwolę sobie na trochę przesadzone porównanie - skoro dzielimy (czy ktoś dzieli) literaturę na "dobrą" i "złą", a czytelników na "mądrzejszych" i "głupszych" - od tego już tylko krok do Nietzschego i jego teorii nadczłowieka - a co z tym zrobił niejaki Adolf H. wszyscy wiedzą…

Moja propozycja jest taka: dajmy tym wszystkim, którzy czytają tylko "ambitną" literaturę Literacką Nagrodę Nobla i czyńmy im pokłony, a mnie - która czaty te gorsze rzeczy - zostawmy w spokoju!!

Przepraszam zatem, że przed snem nie czytam "Ulissesa" (którego nota bene -w przeciwieństwie do niektórych czytających "genialną" prozę - udało mi się przeczytać) ...

Ale co ja się tam w ogóle odzywam - w końcu czytam tylko "romanse, Grocholę i czasem Krajewskiego…"?

Lubię popkulturę, lubię pierdoły, lubię od czasu do czasu przeczytać TYPOWY chick-lit i … dobrze mi z tym… Wcale nie czuję się z tym źle, nie czuję się gorsza ani głupsza, a jeśli ktoś sądzi inaczej … to jego problem...

 

 

piątek, 21 sierpnia 2009

"Lord, help me be the person my dog thinks I am"* - to zdanie zrobiło prawie taką furorę, jak debiutancka powieść jego autora.

Trudno powiedzieć, czy Wiśniewski pisząc "Samotność w sieci" domyślał się, ze książka zrobi aż taką "karierę", ale przypuszczać można, że - nawet jeśli sam o tym nie chce mówić - po cichu marzył, ze spisanie losów dwójki bohaterów odmieni życie nie tylko jego, ale i kilkudziesięciu tysięcy (jeśli nie więcej) czytelników.

 

"Samotność w sieci" nie jest opowieścią z wysokiej półki. Ba! Ona jest typową powieścią popkulturową. Przeznaczoną dla masowego odbiorcy, a więc - z założenia - "gorszą".

Ortega y Gasset twierdził wręcz, że o ile jednostka posiada jakieś własności i wartości, o tyle grupa (czy masa) takich wartości już nie posiada. Co za tym idzie - kultura (a więc i literatura) starając się dotrzeć do jak największej rzeszy odbiorców powoli upada, gdyż to, co przeznaczone dla ogółu tarci swoją wartość. Oczywiście, jest to duże uproszczenie całego szkicu "Bunt mas", ale idąc dalej, dochodzimy do wniosku, że kultura masowa jest gorsza, nie ma żadnej wartości i nie niesie za sobą nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób "bronić"**.

Czy zatem Wiśniewski pisząc "Samotność w sieci" - która przeznaczona jest dla szerokiego grona odbiorców - sprofanował literaturę?

Trudno chyba mówić o jakiejkolwiek profanacji, skoro literatura masowa już dawno tę wyższą sprofanowała. Oprócz tego - zauważmy - autor garściami (i to pełnymi) czerpie z dzieł wybitnych i tych, które uznane zostały za genialne. Bo Wiśniewski nie pisze nic nowego. Powiela stereotypy i archetypy (nieszczęśliwej miłości, śmierci, choroby, miłości na odległość i wiele, wiele innych), ubiera je jednak w "nowe ubranko". W ubranko internetu, co jednocześnie sprawia, że czytelnik dostaje coś, co już zna, "zalane" sosikiem nowości. Bo o to przecież w powieści masowej chodzi - ma czytelnikowi dostarczyć to, co pozwoli mu mieć "władzę" nad dziełem, wiedzieć, co może się zdarzyć, ale jednocześnie potrzebuje on czegoś nowego, czegoś, co przyciągnie, nie znudzi i nie sprawi, że książkę będziemy chcieli odłożyć na półkę "na zaś".

 

 

"Biblia polskiej popkultury", jak chyba można nazwać "Samotność...", to powieść, którą autor stara się osadzić w znanych czytelnikowi realiach. Przynajmniej w założeniu, gdyż w 2001 roku, kiedy to ksiązka została wydana - internet nie był przecież aż tak popularny, jak dziś. Może więc to było jednym z powodów jej bestsellerowości? Może czytelnik, który nie jest "absolutnie" zaznajomiony z netem - chce poznać bliżej zjawisko, w które dopiero "wchodzi"? Poza tym, pamiętajmy, że osiem lat temu świat wirtualny był przeznaczony dla "elity". To wyższe struktury drabiny społecznej miały do niego dostęp, a więc temat ten był tym bardziej "trafiony" gdyż dla sporej ilości czytelników pozwalał "wejść w lepszy `bogatszy` świat"; ten z kolei przeciąga i mocno do siebie przywiązuje, dając złudzenie uczestniczenia w czymś elitarnym, dostępnym tylko dla wybranych.

 

O stronie fabularnej książki nie ma sensu chyba zbyt wiele pisać, ze względu na to, ze jest ona dość znana. Ale - dla niewtajemniczonych - mamy tak: Ona i On rozmawiają ze sobą na necie; zakochują się w sobie, po drodze czeka ich 7 milionów przeszkód, żeby na samym końcu pozwolić im się spotkać i skonfrontować wyobrażenia wirtualne z prawdziwym światem. Bohaterowie "naszej" powieści są niezwykle stereotypowi. Ona piękna, bogata, nieszczęśliwa w związku; On - piękny, bogaty, nieszczęśliwy w związku (bo w związku nie jest). Pytanie tylko, kto jest tutaj głównym bohaterem? Jest ich dwójka? Czy może jeden?

O ile Jakuba można uznać za BOHATERA, o tyle jego partnerka już na takie miano nie zasługuje. Przynajmniej moim skromnym zdaniem. Popatrzmy - autor nie posilił się nawet na to, żeby nadać jej imię. W kulturze nadanie imienia łączy się z przynależnością do grupy, do społeczeństwa. Dopiero nazwana rzecz czy nazwana osoba, zaczyna istnieć. Ewa (jak została "ochrzczona" w filmie) znajduje się na granicy - nie istnieje ani w świecie "naszym" ani w "innym". Jest w zawieszeniu***. A skoro jej "nie ma", to nie może być też bohaterem (równorzędnym). Zresztą, zauważmy, że postać ta jest zdecydowanie mniej wyeksponowana. Nawet w narracji trzecioosobowej (nie mówiąc już o meilach) praktycznie niczego się o niej nie dowiadujemy (oprócz tego, ze ma męża, dwie przyjaciółeczki i nosi zieloną bieliznę). To Jakub opowiada o sobie, opowiada o swoich miłościach, zainteresowaniach, książkach, które przeczytał i muzyce, której słucha… Jeżeli w książce mowa jest o kobiecie to tylko (i jedynie) w kontekście Jakuba - on ją informuje o swoich kolejnych "odkryciach", on ją prowadzi w zagłębienia genetyki, narkotyków i internetu, a Ona posłusznie, z lampką dobrego czerwonego wina to wszystko chłonie i coraz bardziej go uwielbia i coraz bardziej jest nim zauroczona i zafascynowana. Zresztą, nie tylko ona. I Natalia i Jennifer są nim oczarowane, ze w zasadzie przestają istnieć i giną w gąszczu sukcesów oraz osiągnięciach naszego bohatera. A on … On pozwala się adorować…

 

00:58, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (16) »

Jakub jest … idealny. Jest tak idealny, jak średniowieczny rycerz. Dzielny, wspaniały, cudowny, pełen poświęceń. I tak, jak Roland wybiera drogę śmierci.**** O ile jednak wojownik wybiera śmierć w imię wyższych wartości, to Kuba umiera z powodu - opatrznie pojętego - honoru i straconej miłości. Dlaczego honoru? Zauważmy, ze Ona porzuca naszego bohatera, czyniąc tym samym wielką rysę na jego honorze. Mężczyzna (samiec) - w założeniu - osiągnął swój cel - zdobył kobietę, a ona podejmując decyzję i porzucając go staje niemalże na jego poziomie, a  tym samym go degraduje (feminizm??). Jakub nie mogą znieść tego dyshonoru podejmuje decyzję, która w jakiś sposób (choć niewielki) ratuje jego reputację. Skoro kobieta podjęła decyzję dotyczącą ich związku, on chce pozostać "panem swojego końca". Z drugiej strony Jakub był skur…em. Nie oszukujmy się - zostawia Jennifer bez słowa (choć podobno była jego wielką miłością) i może właśnie porzucenie go przez Nią jest swoistą karą za grzechy? Zdaję sobie sprawę z tego, że być może jest to nadinterpretacja, ale  kto mi zabroni wysnuć taki a nie inny wniosek?

Jakub jest też przerysowany. Szczerze mówiąc - nie chciałabym, żeby mój mężczyzna był taki jak on. Bo jaki on jest? Przewrażliwiony, płaczliwy, przerysowany, ckliwy, snobistyczny, egoistyczny, nieodpowiedzialny, pełen braku jakichkolwiek zahamowań i pełen braku szacunku dla wartości (czy on czasem nie brnie w związek z mężatką mając tak naprawdę wszystko gdzieś??). Jakub - mały płaczący chłopczyk. Wzruszający się wszystkim, co widzi - bohater, którego mam ochotę walnąć pięć razy w twarz i powiedzieć, żeby wziął się w garść, a nie cały czas się nad sobą użalał!! Jednocześnie jest tak strasznie nierealny…Mały kujonek z wielkimi okularkami…

Ale! Zawsze jest "ale"… Postać Jakuba jest też taka, jaką wielu z nas chciałoby spotkać w necie. On jest uosobieniem  tego, co dla wielu jest ideałem, bo Jakub jest też wrażliwy, inteligentny, ma zawsze czas, wszystko zawsze wytłumaczy, otworzy się przed obcą kobietą, zrozumie (albo przynajmniej udaje, że rozumie), pozwoli się wypłakać i ponarzekać. Dlatego jest on chyba tak bardzo lubiany - bo uosabia to, czego nam w życiu brakuje.

 

Odnośnie zakończenia powieści. Wielu, naprawdę wielu czytelników nie mogło się pogodzić ze śmiercią bohatera (co prawda, nie jesteśmy tego pewni, ale się domyślamy). A ja uważam, że było to najbardziej trafne zakończenie, jakie mógł napisać pan Wiśniewski. Jakub jest osobą tragiczną (trochę też nierealną, ale to już osobny problem); powiedzmy, że spotkało go tyle nieszczęść, ze spokojnie można by obdarować jeszcze 10 osób. Właśnie z tego powodu poczułabym się rozczarowana, gdyby na końcu wszystko mu się udało. Czułabym się rozczarowana, ponieważ tracił on wcześniej (w ten czy w inny sposób) wszystko i wszystkich, dlaczego więc na końcu ma się wszystko odwrócić? Nie oszukujmy się - brak szczęścia jest "znakiem rozpoznawczym" Jakuba...

Powieść popularna ma nas oczyścić i doprowadzić do swoistego katharsis. Arystoteles (!) daje nam receptę: wystarczy wziąć postać, z którą czytelnik mógłby się utożsamić, niezupełnie złą, ale i nie całkiem doskonałą, i niech akcja prowadzi ją od szczęścia do nieszczęścia lub na odwrót, poprzez perypetie i rozpoznania****.

Literatura masowa ma nieść pociesznie, a szczęśliwe zakończenie ma dać satysfakcję, ze nie wszystko jest złe, a świat idzie ku lepszemu, ale akurat to, ze Wiśniewski odchodzi od rutynowych zakończeń - bardzo, ale to bardzo mi się podoba.

 

Narrację Wiśniewski poprowadził dość dobrze - to muszę mu przyznać. I choć mamy tu do czynienia z powieścią epistolarną, to w nowej odsłonie, ponieważ dostajemy nie same @ (listy), ale też rozmowy na ICQ. Do tego dodał Wiśniewski jeszcze trzecioosobowego narratora. A główna akcja przeplatana jest dygresjami (szczerze mówiąc DNA średnio mnie interesowało podczas czytania tej książki) i retrospekcjami, które dodatkowo wzmagają niecierpliwość i ciekawość czytelnika. Problem polega jednak na czym innym - często sama dygresja (jak np. historia Jima) są bardziej interesujące i lepiej zagrane psychologicznie niż postaci głównych bohaterów. Chyba nie najlepiej to świadczy o całokształcie powieści…?

 

Coś, co robi Wiśniewski niemalże po mistrzowsku to gra na ludzkich uczuciach. Gra rewelacyjnie. Gra na uczuciach rodziców, gra na uczuciach ludzi skrzywdzonych, gra na uczuciach ludzi szczęśliwych, gra na uczuciach ludzi niepewnych następnego dnia, doprowadzając ich tym samym do egzogenicznego płaczu….

 

Mój znajomy powiedział: "Ta książka jest tak fajna, ze nie chcę, żeby się skończyła". Mi do tego daleko. Uważam, że to przyzwoita powieść i tylko tyle. Fakt, miejscami bardzo dobra, ale ogólnie rzecz ujmując - tylko przyzwoita i przeciętna. Nie czuję się uwiedziona tą ksiązką (jak wiele czytelniczek), ale może ja po prostu nie jestem kobietą…?

 

p.s. Razi, strasznie razi, strona edytorska - tego autorowi nie mogę zarzucić, bo nie on za to odpowiada, ale korektor tekstu (moim skromnym zdaniem) powinien się jak najprędzej zwolnić (jeśli jeszcze tego nie zrobił) i powrócić na studia, aby dokładnie przypomnieć sobie zasady interpunkcji i zasad rządzących polskim językiem literackim...

 

 

Uwaga! Wysłałam do Pana Wiśniewskiego (Janusza zresztą) @ z prośbą o przeczytanie recenzji i o ustosunkowanie się do niej. Czy to zrobi? Zobaczymy. Obiecuje na swojej stronie, ze czyta WSZYSTKIE wiadomości. Może i przeczyta...

___________________________________________________________________ 

* za: link

** Ortega y Gasset Jose, Bunt mas, Warszawa 2008, passim

*** Eliade Mircea., Sacrum, mit, historia, Warszawa 1970, passim

**** Eco Umberto, Superman w literaturze masowej, Warszawa 1996, s.14

***** przeczytałam jedynie pierwszą wersję powieści, bez dodatkowego (kolejnego i niepotrzebnego zakończenia dopisanego przez Wiśniewskiego)

****** wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony autora (zalinkowanej wyżej)

00:58, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 sierpnia 2009

Tak jest! Asfaltowa dziewczynka zaczyna pisać bloga. Na blogu będzie dużo różnych rzeczy.

Będzie dużo o książkach, które czytam, które przeczytałam i których nigdy nie przeczytałam.

Będzie też dużo o filmach (filmach, serialach)

Będzie też o muzyce (o muzyce)

Czasami, na desere, z taką pewną dozą nieśmiałosci.. wrzucę też coś o seksie.

Zapraszam do czytania, komentowania i składania zażaleń (tylko w środy między 16-17) w jakiejkolwiek kwestii.

Pierwsza recenzja już niebawem :)

11:44, asfaltowa_dziewczynka , idę na plażę
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
 
Blog Forum Gdańsk 2010