piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
piątek, 25 grudnia 2009

Słucham, a raczej słuchałam przed chwilą, Renaty Przemyk, zacząłam czytać "Monopol na zbawienie" i tu zonk... Bo przy całej mojej miłości do Szymona Hołowni uważam tytuł za...nieudamy.

Nie będę się rozpisywała, bo to nie ma senu głębszego ani płytszego... Dyrektor ReligaTV bowiem poszedł na łatwiznę.

Więc będzie szybko... :

+humor

+inteligencja

... i bardzo boleśnie:

- niepotrzebny dodatek w postaci gry

- zbyt podobna do pozostałych książek Hołowni

- zbyt "wyrobione' tematy

- szata graficzna (dokładnie taka sama jak w poprzednich jego ksiązkach)

- podejście do wielu spraw zbyt "ugrzecznione"

- i ogólnie rzecz biorąc: sranie w banię

 

Pewnie bym się zachwycała, gdyby nie fakt, że "Monopol" to dokładnie to samo,co zachwalane przeze mnie niedawno "Tabletki z krzyżykiem". Hołownia zmienił niewiele.

 I tymże - przy dźwiękach Habakuka i lampce czerwonego wina- kończę dzisiejsze rozważania, życząc spokojnej nocy.

Anna

20:38, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 grudnia 2009

Wyobrażacie sobie czytanie ksiązki przy filiżance kawy podanej z takiego oto czajniczka?

...bo ja jakośsobie tego wyobrazić nie mogę...

 

czajniczek znaleziony tutaj

20:52, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 listopada 2009

Pan, Panie Hołownia, nie ma żony, prawda? W takim razie, wszem i wobec, oświadczam, że ja nią (żoną, oczywiście) chcę zostać.
Tę refleksję o byciu Pana Drugą Połówką poczyniłam dziś, podczas czytania kultowych już chyba Tabletek z krzyżykiem.

Na wstępie też napiszę, że choć uwielbiam Hołownie, nie podzielam jego zafascynowania Kościołem, Chrześcijaństwem, Bogiem… Ba! Do wzorowego Katolika mi daleko, stąd wniosek, że na książkę patrzyłam z perspektywy osoby wychowywanej w rodzinie mocno katolickiej, ale osoby, która – mówiąc delikatnie –swojej wiary poszukuje.

 

TYTUŁ…

… i podtytuł: Pierwsza pomoc w lękach związanych z Bogiem, końcem świata, czyśćcem i duchami.

Najpierw zatem zastanowimy się na tym, czy aby autor przemyślał dokładnie sprawę tematu tytułu .
Okładkę zdobi siostra Czerwonego Krzyża na zdjęciu przerobionym na sepię – ubrana w niesamowicie czerwone usta(!) . Piszę „ubrana”, bo właściwie tylko te wargi i znaczki na jej piersiach i ramieniu rzucają się w oczy. Okładka zakładkowa, na której od razu rzuca się w oczy wielki cytat: Bóg dał nam rozum właśnie po to, byśmy nie wiedząc czy wątpiąc – pytali.
A zatem ja pytam – czym jest ta książka? Podręcznikiem? Katechizmem? Rachunkiem sumienia? Rozliczeniem?
Zastanawiam się tylko, dlaczego Szymon H. zastosował w tytule dwa słowa, które – mimo wszystko – wydźwięk mają niezbyt pozytywny. Otóż i „tabletki” i „pierwsza pomoc” kojarzą się automatycznie z chorobą. Czy Hołownia sugeruje zatem, że czytelnik, który sięga po jego książkę jest chory? Nie wiem, może autor staje na stanowisku, że osoba wątpiąca i poszukująca, jest jednocześnie wymagającą pomocy, a książka ma być „pigułką” na leki egzystencjalne, na pytania krążące w naszej głowie, na sceptyczne podejście do niektórych spraw związanych z wiarą.

Dwa – „tabletki z krzyżykiem”. Pamiętacie pastylki „na wszystko”? Ból, gorączkę, zakrzepy, zapalenia? Z krzyżykiem ułatwiającym dzielenie? Tak, to te same, które zostały wycofane ze sprzedaży, ponieważ zawierały szkodliwą fenacetynę (powodującą raka, uszkodzenia wątroby, płuc, wpływającą na złe transportowanie tlenu). Niezbyt dobre te tabletki były Panie Hołownia, a Pan ich mianem tytułuje swoją niezwykłą książkę? …

 

TABLETKI…

 

Książeczka składa się z czterech części (jak wspomniane wyżej „tabletki do wszystkiego”)– Tabletki o sławnych ludziach, Tabletki fundamentalne, Tabletki okołonaukowe(!) i Tabletki pośmiertne. Mamy też podziękowania, wstęp i instrukcję obsługi.

Hołownia pisze o Bogu (Jeśli Bóg jest Ojcem, to kto jest Matką?), o Jezusie (Skoro Jezus był Żydem, skąd to hiszpańskie imię?), o Marii (Maryja była mężatką czy dziewicą?),o fundamentalnych dla wiary chrześcijańskiej postaciach (Dlaczego król Dawid poszedł do łóżka z sąsiadką?). Ale pisze też o zwierzętach (Czy ryby też utonęły w potopie), o UFO, o Brownie, o HP, o zmartwychwstaniu (Ktoś kazał się spalić na popiół, zmienić popiół w diament i zamiast na cmentarzu leży w szafie z biżuterią. Jak zmartwychwstanie?, Czy przeszczepiona wątroba zmartwychwstanie w dawcy, czy w biorcy?).
Dziennikarz (bo dziennikarzem jest przede wszystkim autor) w zasadzie nie odpowiada na pytania.  A przynajmniej nie na wszystkie. On raczej pisze krótkie felietoniki na dany temat odwołując się do kultury masowej, w której przecież przyszło nam żyć. I nie boi się Hołownia mówienia o  treściach nie zawsze przez Kościół akceptowanych. I co fenomenalne odwołuje się przy tym do autorytetów- ale nie tylko autorytetów świata Katolickiego. Przywołuje klasyków literatury, sztuki, filozofii, muzyki czy w końcu nauki. To nie jest tak, że pisarz stosuje argumenty z cyklu „bo tak”. Każdy problem Hołownia okrasza cytatami, nazwiskami, tytułami, które odsyłają nas z kolei do trochę bardziej poważnej literatury (czy będzie to papieska encyklika czy teologiczne rozważania czy w końcu bzdurne eksperymenty). „Tabletki” tłumaczą dane zjawiska nie tylko w odniesieniu do innych czasów (bo dlatego Dawid poszedł do łóżka z sąsiadką, że było to w jego czasach dozwolone, ba! nagminne i pospolite), do historii, do społeczeństwa, do specyficznej kultury, ale też pokazują spojrzenie na konkretny temat z punktu widzenia niekatolika, publicysty, empirysty.

 

PIERWSZA POMOC…

Tabletki z krzyżykiem to książka niezwykła na polskim rynku wydawniczym. Niezwykła, bo chyba nie ma publikacji (czy autora), który w tak fenomenalny sposób pisze o – jakże poważnie w naszym kraju traktowanym – katolicyzmie.

Pisze Hołownia z niesamowitą dozą inteligencji, autoironii i masą humoru. Pisze w sposób przystępny i

Nie znajdzie się tutaj kazania. Chcecie homilii – idźcie do Kościoła. Hołownia nie nawraca na siłę. Ba! On po prostu o Chrześcijaństwie pisze. A że pisze niezwykle interesująco, z masą autoironii i dystansu; z masą humoru i sympatii; z masą  pomysłów i fenomenalnych puent.

Jedyne, co momentami wkurza, to nagromadzenie złotych myśli w stylu: ”Kochaj bliźniego swego…” i miejscami tandetnych skrzydlatych słów, których autor mógł sobie darować.

Hołownia przypomniał mi o kilku książkach, które miałam przeczytać, a nie zdążyłam; o kilku filmach, które miałam zobaczyć, a zapomniałam; o kilku grach, w które miałam zagrać, a nie miałam czasu; o kilku osobach, do których miałam zadzwonić, a mi się nie chciało.

 

______________________________

Jeden z moich profesorów powiedział kiedyś, że jeśli ktoś ma dar, potrafi niezwykle interesująco pisać o wszystkim, nawet o układzie rozrodczym nutrii.

Pan, Panie Hołownia, dostał dar. Skoro nawet ja – sceptycznie nastawiona do literatury religijnej – zachwyciłam się Pana książką, ten dar jest ogromny.

 

AMEN!

 

_____________________________________________________ 

*Zdjęcia pochodzą ze strony Hołowni (tu), z Merlina (tu) i z wp (tu)

** Chciałam w sobotę kupić nowa książkę Daniela Koziarskiego, ale - niestety - ani Empik ani Dom Książki ani Matras ani Akapit nie stanęły na wysokości zadania i w dniu premiery w żadnej z tych księgarni książki dostać nie mogłam (p.s. w Empiku będzie dopiero za jakieś 3-4 - do 7 dni, chociaż i sklep i magazyn główny znajdują się we Wrocławiu.)

_____________________________________________________

14:01, asfaltowa_dziewczynka
Link Komentarze (14) »
sobota, 21 listopada 2009

 

LINK

 

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MOI DRODZY:)

08:21, asfaltowa_dziewczynka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2009

Tak, czytam Nostalgię anioła

Tak, wiem, że to tandeta

Tak, płaczę

Tak, wiem, że ta ksiązka perfidnie gra na uczuciach

Tak, robię to po to, żeby z czystym sumieniem pójśc do kina

 

TAK, PODOBA MI SIĘ

Tagi: literatura
22:04, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 listopada 2009

Choć „Wykreślone imię” niewiele nowego przynosi, pamiętać musimy, ze młody czytelnik – do które w końcu adresowana jest powieść -  niewprawiony jest w schematach literacki na tyle mocno, aby wszystkie je zauważyć, wyłapać i zanalizować.

 

Na początku „Bad blood” mogłaby się wydawać ckliwą powieścią obyczajową – oto mamy młode małżeństwo (młode stażem), które stara się stworzyć nową rodzinę dla swoich dzieci z poprzednich związków. A w takim wypadku o konflikt nietrudno, tym bardziej, ze dwie dziewczyny  - o jakże podobnych imionach: Kat i Cat – walczą o uwagę i zrozumienie swojego rodzica. Mamy jeszcze dwóch chłopców – nad wiek dojrzałego Johna i zakompleksionego Roley`a. Nie dziwota zatem, ze początkowo akcja skupia się na kłótniach dzieciaków, próbach łagodzenia konfliktów przez rodziców i próbie stworzenia nowej rodziny. I o ile Peter robi to dość niezdarnie, ale sympatycznie; to Harriet denerwuje nie tylko swoje dzieciaki, ale i momentami czytelnika (chce być tak idealna, jak Bree z „Gotowych na wszystko” – i jakiekolwiek problemy nie mogą mieć miejsca w jej idealnym ognisku domowym).

Próbą scalenia dwóch rodzin ma być wyjazd do od dawna opuszczonego domu Ann – nieżyjącej już żony Petera. Pytanie tylko czy wycieczka do miejsca budzącego, nie zawsze zdrowe, wspomnienia pomoże scalić szóstkę tak naprawdę obcych sobie ludzi. Ja osobiście zrezygnowałabym, ale akcja nie mogłaby iść do przodu, gdyby nie tajemnicze domostwo. Nasza piękna rodzinka wyrusza więc w tajemniczą podróż do Krainy Jezior, gdzie znajduje się Szrama na Wzgórzu. Tym bardziej, że John, w momencie przejazdu przez bramę, widzi tajemnicze twarze w oknach samochodu.

 

Rhiannon wykorzystuje – dobrze w literaturze horroru znany – motyw opuszczonego i na nowo zasiedlanego domu.
Dom jest przestrzenią oswojoną, bezpieczną i znaną, dlatego zło, które wkrada się w ten obszar, jest tym bardziej niebezpieczne, bo niespodziewane. Często domostwo kryje w sobie zło nieświadomie uruchomione przez nowych mieszkańców – czy to przez otwarcie nieznanych drzwi czy przez odkrycie ukrytego pokoju czy przez uruchomienia tajemniczego przedmiotu, najczęściej zegara. Taką samą sytuację mamy w „wykreślonym imieniu” – Kat uruchamia mechanizm poprzez odnalezienie tajemniczego salonu i książek oraz zapisków tam schowanych. W dodatku, drzwi do pomieszczenia znajdują się nie tylko w szafie (czyli „przejściu” do innego, tajemniczego świata), ale również piwnicy, która wg symboliki – jako miejsce położone najniżej – jest najbardziej narażone na działanie sil nieczystych
[1].
Nie dość, że mamy nawiedzony dom, to mamy jeszcze potwora – Dalilę i jej trutnie. N. Carrol wymienia podstawowe struktury narracyjne horroru: złożoną strukturę odkrywania - wprowadzenie potwora – odkrywanie jego obecności – potwierdzenie istnienia i działania potwora – konfrontacja. I według tego schematu podąża Rhiannon. Najpierw pozwala Cat znaleźć Dalilę, następnie odkrywa przed czytelnikiem (i niezdającymi sobie z tego sprawy bohaterami) tajemnicze właściwości lalki, aby następnie doprowadzić do konfrontacji bohaterów z Dalilą oraz innymi nadprzyrodzonymi stworami.

Rhiannon Lassiter zrobiła coś fenomenalnego. W formę horroru włożyła to, co w horrorze najważniejsze – wyobraźnię. Poziom czystej grozy, zajęty przez „opowieści z dreszczykiem”, które stają się straszne tylko dzięki temu, co dostrzega w nich nasz umysł, czym uzupełnia je nasza wyobraźnia[2]. Dzieciaki (bo dorośli w tym wymiarze powieści „przestają istnieć”)  pozostają więc w świecie wymyślonym przez trzy przyjaciółki (Ann, Emily, Charlotte) i poznają kolejne nadprzyrodzone postaci: Lustro, Szybę, Kolonię Gawronów, Wampiriuszki, mocno ludzkiego Lisa, Sękacza i w końcu – najważniejszego w tym momencie -  Imieniożercę.
Nazwanie kogoś(czegoś) jest równoznaczne z przyjęciem do wspólnoty, ba! Jest równoznaczne z istnieniem i warunkuje naszą indywidualność. Bez imienia nas nie ma, pozostajemy nierozpoznawalni.  Imię nadaje władzę, a w literaturze fantastycznej (która zaczerpnęła to z kultur pierwotnych) poznanie ‘prawdziwego’ imienia przeciwnika, daje możliwość zapanowania nad drugą osobą i pokonania przeciwnika. Pamiętajmy też, że zmiana imienia równa się zazwyczaj z wstąpieniem na wyższy stopień wtajemniczenia i na wyższy szczebel „drabiny społecznej”, łączy się również z dostępem do specyficznego, trochę tajemniczego kręgu (i niedostępnego dla „zwykłych” – przypomnieć wystarczy zwyczaj obierania sobie nowego imienia w zakonach). Dlatego właśnie ten potwór jest najbardziej niebezpieczny, ponieważ kradnąc imię – czy to człowiekowi czy bohaterom powieści – kradnie również duszę, tożsamość i sprawia, ze postać przestaje istnieć
[3].

 

Można by się zastanawiać, czy horror jest odpowiednim gatunkiem dla małoletniego czytelnika, aczkolwiek byłoby to absurdalne, gdyż od dawna strach był  narzędziem wychowawczym, spełniał funkcję pedagogiczną i pomagał strzec dzieci i młodzież przed czyhającymi na nie niebezpieczeństwami. Tak sytuacja przedstawiała się jeszcze na przestrzeni XIX stulecia. Współcześnie nadal uważa się, że elementów strasznych nie należy całkowicie eliminować z literatury dla dzieci i młodzieży, gdyż młody czytelnik chętnie podejmuje tzw. grę ze strachem, która zaspokaja jego potrzeby emocjonalne i przynosi mu satysfakcję. Jak pisze Joanna Papuzińska: „pozbawiona negatywnych postaci bajka umiera, uchodzi z niej napięcie, staje się nudną historyjką, która nikogo nie bawi i nie ciekawi, świat jak się okazuje nie może istnieć bez zła, nadaje ono sens naszym wysiłkom, pozwala zauważać i doceniać dobro”[4]. Istnieją także inne teorie mówiące o tym, że zetknięcie się młodego czytelnika z literaturą strachu pomaga mu rozwiązywać własne problemy rozwojowe, pomaga oswoić się młodzieży z dorastaniem, otaczającymi ludźmi czy ze swoją seksualnością. Przywołuje Papuzińska także stanowisko B. Bettelheima, który przeciwstawił się „oczyszczaniu” baśni ludowych z elementów mogących budzić strach, gdyż twierdził, że odgrywają one terapeutyczną rolę w rozwoju emocjonalnym dzieci i młodzieży. Książki, które opisują uczucia, których dziecko się obawia, pomagają mu przezwyciężyć jego lęki, oswoić się z nimi, a także przede wszystkim je zrozumieć.

 

Lassiter w formie horroru przemyciła odwieczne lęki nastolatków o samoakceptację, własną tożsamość, swoje miejsce w świecie i wśród bliskich nam osób. Co więcej, autorka każe czytelnikowi zastanowić się – jakkolwiek banalnie to brzmi - nad siłą miłości, rodziny, bliskości. Proponuje przemyśleć kwestię tego, kim bylibyśmy bez domu i bez przyjaznych nam postaci; oraz w myśl powieści inicjacyjnej, pozwala czytelnikowi – razem z bohaterami – dorosnąć, okryć odwieczne prawdy życiowe i zacząć iść własną drogą.

Dwie rzeczy w powieści denerwują. Nie wiem, czy to sprawa tłumaczenia (tłum. Jacek Konieczny) czy oryginału, ale większość „trudnych” wyrazów ( np. „nadprzyrodzony”, „egzorcyzm”, czy odwołania do Biblii) są automatycznie i, niestety, dość nienaturalnie tłumaczone. To raz. A dwa – autorka pisząc zakończenie powieści chyba chciała zrobić to zbyt szybko. Za bardzo – trochę chyba „na siłę” – rozpędzała akcję, chcąc jakby jak najszybciej dotrzeć do końca, tracąc przy tym na wątkach, które tak naprawdę mogłyby być mocno rozwinięte i na tych, które wydawały się momentami bardziej ważne niż rozwiązanie tajemnicy Lisa czy Imieniożercy  (mnie np. bardziej interesowało, jak do całej sytuacji ustosunkują się Emily i Charlotte, jak wytłumaczą Alicji – która tak naprawdę nie do końca zdaje sobie sprawę z całej rozgrywającej się w jej domu sytuacji – kto jest jej ojcem i co tak naprawdę łączy dwie przyjaciółki).

W gruncie rzeczy jednak „Wykreślone imię” to powiastka bardzo przyjemna i przeznaczona nie tylko dla młodocianego czytelnika. Ten bardziej ukształtowany (nie tylko czytelniczo, ale i życiowo) odbiorca wyciągnie z książki coś więcej niż błahą historyjkę o przygodach pięciorga nastolatków, potrafiąc przy tym bawić się  - razem z autorką – konwencją, schematami, odwołaniami i motywami.


 


[1] por:Eliade Mircea., Sacrum, mit, historia, Warszawa 1970, passim

[2] S. King, Danse macabre, przeł. P. Braiter, P. Zienkiewicz, Warszawa 1995, s. 44.

[3] por: Eliade Mircea, op.cit., passim

[4] J. Papuzińska, Dziecko w świecie emocji literackich, Warszawa 1996, s. 88.

Tagi: literatura
17:51, shalava , wrony
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 października 2009

Otóż wczoraj późną nocą asfaltowa_dziewczynka obejrzała „Piłę”. I przyznaje się bez bicia – to był jej pierwszy raz. To znaczy z pierwszą częścią, bo pozostałe dziewczynka już widziała.

 

 

 

„Piła” jest filmem typowo popkulturowym – niskobudżetowa produkcja, która rewelacyjną reklamą zyskała rzesze fanów. Szkoda tylko, że reklamą, a nie innowacją, dobrą produkcją i dobrą grą aktorską. Powiedzmy sobie szczerze – „Piła” filmem jest średniawym i mocno niedopracowanym w szczegółach.

Założenie mamy takie samo, jak w „Cube” Vincenzo Natali.  Obce sobie osoby, zamknięte w małym pomieszczeniu i muszące rozwiązać zagadkę psychopaty. Tutaj chwilowo podobieństwa się kończą, bowiem w „Pile” mamy tylko dwóch porwanych, poza tym z przyczyn od nich niezależnych poruszać się nie mogą, a poza tym zagadka nie jest tak skomplikowana, jak w filmie Natali.



James Wan prowadzi widza przez kilka historii. Mamy więc retrospekcje przekazywane nam przez dra Gordona, ale mamy też równoległą historię jego żony i córki, mamy historie poprzednich zbrodni Pana Zagadki i próby ich rozwiązania, mamy w końcu historię nie mniej psychopatycznego od Jigsawa policjanta opętanego żądzą zemsty.  To początkowo męczy, bo widz przyzwyczajony do tego, ze dostaje wszystko na tacy ,  tutaj musi się trochę wysilić i kojarzyć kolejne fakty – a nie oszukujmy się, o 2 w nocy jest to trochę utrudnione. Poza tym, informacje dostajemy – przynajmniej na początku – w sposób zdecydowanie niechronologiczny. Ten film to taka trochę „powieść szkatułkowa” -  najpierw mamy dwie ofiary zamknięte w starej fabryce (?), jeden z bohaterów opisuje swoje doświadczenia z tym, który ich uwięził, stąd przechodzimy do opisu dawnych zbrodni Pana Zagadki (swoją drogą zastanawiam się czy nie jest to przypadkiem ukłon w stronę Kinga i jego Pana Dzwoneczka – to ciągłe podkreślanie „Pan Zagadka”, „Pan Dzwoneczek” – nie oszukujmy się, żaden policjant nie nazwałby psychopatycznego zabójcy „Panem” ), żeby z kolei poznać motywy postępowania równie „opętanego”  detektywa , który daje nam pogląd na żonę i córkę Lawrenca i wrócić do łazienki i naszych wspaniałych bohaterów – o których troszkę więcej później – skąd znowu trafimy do innej rzeczywistości.  Taki zabieg sprawia, że akcja mocno się rozmywa, a wątkiem głównym nie jest ani to, że Adam i Gordon są w pułapce i muszą się z niej wydostać; ani to, dlaczego tam się znaleźli; ani to w końcu to, dlaczego Pan Zagadka (czy jak wolą niektórzy Pan Układanka) poddaje próbie niewinnych (?) obywateli – mamy kilka wątków i żaden z nich nie wysuwa się na prowadzenie. Z drugiej jednak strony pozwala to spojrzeć na wiele rzeczy z kilku przynajmniej punktów widzenia.

Wróćmy jednak na chwilę do bohaterów. Fotograf i lekarz prezentują dwie skrajne postawy. Jeden z nich – krzyczy, próbuje wszelkimi sposobami wydostać się z pułapki, drugi – spokojnie i praktycznie bez emocji stara się racjonalnie ocenić sytuację. Mi bliżej do Adama, który robi dużo hałasu i mocno panikuje. Zresztą, taka postawa wydaje mi się zdecydowanie bardziej prawdopodobna psychologicznie. Już pomijam fakt, że zachowanie obu panów jest głupie i bardzo irracjonalne, a pomysł z odcinaniem sobie nogi nocno…naciągany (swoją drogą, dlaczego najpierw nie spróbowali ich sobie złamać, a potem bardziej „elastyczne” wyciągnąć z kajdan albo dlaczego Gordon nie przestrzelił łańcucha pistoletem i w końcu, dlaczego po prostu nie zabił Adama, skoro takie były zasady gry??– ale co ja tam wiem, mnie w końcu nikt nie zamknął w piwnicy z kajdankami na nogach (ironia) ).  Ale tak naprawdę widz nie może utożsamiać się z żądnym z bohaterów.  Detektyw David Tapp sugeruje, ze to Lawrenc jest mordercą, więc nie do końca mu (Gordonowi) ufamy, jednocześnie nie możemy wierzyć Adamowi, bo jest on tym, który śledził, widział i nie pomógł.  Detektyw – czyli tak naprawdę jedyny sprawiedliwy w tym filmie – też odpycha, bo wydaje się owładnięty maniakalną potrzebą zemsty i odnalezienia Pana Zagadki, a więc z zasady – jako chory psychicznie – jest uznany za niegodnego zaufania.
No właśnie… Policja w filmie jest masakrycznie nieprofesjonalna, że zęby zgrzytają. Ja już pomijam to, ze przeprowadzają przesłuchanie Gordona bez adwokata, pomijam to, że przesłuchują niedoszła ofiarę Pana Układanki (Amanda) bez psychologa, ale po kiego grzyba jadą na potencjalne miejsce zbrodni tylko we dwóch? Czemu nie wzywają wsparcia???



Co fenomenalne, w „Pile” nie ma zabójcy. Umówmy się – Jigsaw nikogo nie zabił. Ba! On nawet nikogo nie torturował. On co najwyżej zamyka bohaterów w specyficznych pomieszczeniach i warunkach, ale daje im klucz do wyjścia.  A tylko od nich zależy, co z tym zrobią.  Psychopata daje im wybór – rezygnujesz z czegoś na rzecz swojego życia. I w dodatku ich „nawraca”. Prawie jak John Doe w „Siedem”, który uważa sięga Boga i stara się naprawić społeczeństwo (nota bene Tapp mocno przypomina detektywa Somerseta).  Co więcej, on każe za grzechy odpokutować i zrozumieć swój błąd (żałuję za grzechy i pragnę się poprawić). Jeśli bohater nie zrozumie i się nie poprawi – trudno, gra skończona; nie wykorzystał szansy i musi ponieść tego konsekwencje. John Kramer – jak już napisałam – nie zabija, on co najwyżej doprowadza do sytuacji, w której ludzie popełniają samobójstwo lub doprowadzają do sytuacji, w której wola życia jest mniej silna niż strach. Ale! Nasz psychopata pomaga też odpowiednio żyć – naprowadza na dobrą drogę, a Amanda mówi nawet, że … jej pomógł. Jigsaw (a jego słowami i czynami twórcy filmu) stawiają pytanie czy jesteśmy w stanie wyzbyć się człowieczeństwa i zasad, aby ocalić samych siebie i swoje rodziny? Na ile jesteśmy zdolni zrobić coś, co nie jest zgodne z naszym kręgosłupem moralnym. I właśnie to jest pytanie – jak zachowujemy się w sytuacjach ekstremalnych?

 

 



„Piła” uznawana jest za film z gatunku gore, ale jak dla mnie do tego jej bardzo daleko. Po pierwsze – gore jest podgatunkiem horroru, a „Piła” jest co najwyżej thrillerem.  Po drugie ona tak naprawdę nie jest brutalna, tam nie ma krwi, flaków. W ciągu 1,5 godziny filmu są może dwie sceny, które można uznać za przepełnione brutalnością (ale trzeba naprawdę tę brutalność chcieć zobaczyć, jedną niech będzie wycinanie przez Amandę klucza z brzucha jakiegoś faceta i moment, kiedy Gordon odcina sobie nogę). Mamy więc w „Pile” wszystko, czego potrzeba – mgłę, ciemność, stare i opuszczone fabryki, mamy też przekonanie, ze zło czeka na ans wszędzie i niebezpiecznie blisko –a dopada nas ciągle, w czasie snu, w czasie pracy, w najmniej odpowiednim momencie,  ale brutalności tam trochę brakuje.

 

 

 

Dwie kwestie zostały jeszcze do omówienia – tytuł i aktorstwo. Polski tytuł „Piła” odnosi się do narzędzia, którym bohaterowie muszą zadać sobie ból, ale tak naprawdę jest to sprawa drugorzędna. „Saw” bowiem to wyraz pochodny od „see” czyli „widzieć”, które odnosi się do 1. widzieć cel życia, widzieć swoje powołanie, widzieć, jak zmarnowano sobie życie i widzieć, ze  Kramer pamaga nam je naprawić; 2. odnosi się do tego, ze bohaterowie za każdym razem byli obserwowani, nagrywani i sami obserwowali wiadomości, które im przekazano i widzieli (albo i nie) swoje błędy.
A aktorstwo to chyba najsłabsza strona filmu. Cary Elwes bardziej śmieszy niż przeraża, a finałowa scena, w której bledszy niż kreda wypełza  z łazienki raczej powoduje spazmatyczny śmiech niż lęk czy współczucie.  Poza tym – przynajmniej mi – nieodmiennie kojarzy się z Robin Hoodem (Robin Hood: Men in Tights)  czy, o zgrozo!, z Janem Pawłem II, którego też zagrał. Leigh Whannell wypada żałośnie, nie przekazuje swoim aktorstwem żadnych emocji, nie czujemy jego gry, a jego przesadzone miny wręcz denerwują. Michael Emerson (znany bardziej z „Lostów” niż z „Piły”) przemyka się przez ekran prawie niezauważalnie. Prawie cały czas widzimy tylko jego ręce, Tył głowy, ewentualnie kawałek płaszcza – a on był w założeniu największą „perełką” tego filmu, a Danny Glover, który ogólnie rzecz biorąc aktorem jest dobrym, dał tutaj wielką plamę i nieudolnie próbował naśladować Morgana Freemana ze wspomnianego już ”Siedem”.
W ogólnej więc rozgrywce aktorzy wypadają co najmniej kiepsko.

Asfaltowej_dziewczynce zdecydowanie „Piła” nie przypada do gustu…

p.s. proszę, jeśli tylko ktoś wie, niech mi wytłumaczy, dlaczego na jednym z plakatów jest odcięta ręka??

 

Tagi: film
22:14, asfaltowa_dziewczynka , peggy sue nie wyszła za mąż
Link Komentarze (7) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Blog Forum Gdańsk 2010