piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
czwartek, 11 lutego 2010

Gdyby Wiśniewski zamiast pisać - śpiewał, ciągnęłyby za nim tłumy roznegliżowanych nastolatek niczym apostołowie za Jezusem czy główna bohaterka jednego z jego opowiadań za Madonną.

O tym, że Wiśniewski jest rewelacyjnym pisarzem popkulturowym ( i dlaczego jest rewelacyjny) pisałam tu i tu

 

A teraz wracamy do „Zespołu napięć

Po pierwsze: fascynujemy się nauką (Syndrom przekleństwa Undine)

Matylda nie wierzy w Boga, bo Bóg to zabobon. Matylda wierzy za to w dobro ludzi. I wierzy w Jacoba. Nawet gdyby nie chciała, musi wierzyć. Cierpi na syndrom przekleństwa Unidine, który cechuje się  brakiem kontroli oddechu podczas snu (przepona przestaje się poruszać, a chory nie oddycha i umiera). Jacob z zza ściany kontroluje oddech Matyldy. Jest przy niej co noc, buduje z nią świat złożony z drucików, agregatów, monitorów, rozruszników i sensorów. Ale ich życie składa się też z opowieści o germańskich mitach, opowieści o gwiazdach, o matematyce, fizyce, wojnie, upadku Muru Berlińskiego. Bo Jacob wie wszystko, na wszystkim się zna i odpowiada na wszystkie pytania. Nie jest tylko monitorującym aparaturę Martyny informatykiem, ale jest przede wszystkim przyjacielem.

Wiele osób twierdzi, że to opowiadanie jest o tym, żeby być dobrym. Jak dla mnie jest ono o tym, żeby dobrze wykonywać swoją pracę, żeby się jej poświęcać niezależnie od tego, czy pracujemy w zawodzie czy sprzątamy kible (wybaczcie kolokwializm). Ale jeśli jest się przy tym dobrym, to jeszcze lepiej.



Po drugie: gramy na uczuciach ( Anorexia nervosa)

Wracamy do Samotności w sieci. Niestety. Wiśniewski znów w znakomity sposób znowu gra na uczuciach ludzkich. Ale o ile w Samotności było to w miarę nowe i, w pewien sposób, fenomenalne w polskiej literaturze masowej, o tyle tutaj – raczej denerwuje i sprawia, że ma się ochotę odłożyć książkę i nigdy więcej do niej nie wracać. Pod żadnym pozorem.

Mamy dwójkę bohaterów, którzy prawie jak Jakub i Natalia z Samotności, poznają się przypadkiem, zakochują się w sobie, a potem przez kilka stron mamy zbędny słowotok o tym, jaki to on jest cudowny, mądry i idealny, a ona dobra, wspaniała i kochająca. Później on (tak jak Natalia) wyjeżdża i na tymże wyjeździe ginie. A ona, jak przystało na idealną kobietę, w ramach rozpaczy postanawia zatopić się w swoim smutku, przestaje jeść i zaczyna chorować na anoreksję. Ale, ale… Żeby nie było. Zakończenie nie jest tutaj tak brutalne, jak w Samotności. Jest wręcz zakończone iskierką nadziei.

Gdyby nie ta tania wrażliwość i tani sentymentalizm.

"...najbardziej żałuję tych wszystkich grzechów, których nie zdążyłam z nim popełnić"

 

Po trzecie: chyba mamy fetysz na punkcie nadgarstków (Kochanka)

Kolejny ograny schemat i motyw. Kochanka zakochana do obłędu w swoim idealnym (mającym tylko jedną wadę – żonę) mężczyźnie, cierpiąca w milczeniu i marząca o dziecku, żeby mieć TYLKO DLA SIEBIE choć kawałek swojego faceta (zresztą, to nieźle egoistyczne podejście, ale to sprawa drugorzędna).
I znowu Wiśniewski wraca – do tak dobrze znanego z Samotności – motywu całowania nadgarstków.

Wbrew pozorom jednak nie jest to opowiadanie złe – ośmielę się nawet powiedzieć, że jedno z najlepszych w całym zbiorze. Pełne smutku, rozczarowania, chorej miłości, poniżenia i niemożności zmienienia swojego życia. To opowiadanie o chorej miłości i chorym stosunku do niej; to opowiadanie o przywiązaniu i próbie stabilizacji.

Po czwarte: Eva Braun - zmarła Hitler ( Noc poślubna)

Tutaj, panie Wiśniewski, chylę czoła. Gdyby zawsze pisał pan w takim stylu – chłonęłabym pana książki jeszcze szybciej i częściej.

Najbardziej autentyczne i zapadające w pamięć opowiadanie. Narratorką jest Magda Goebbels, która opisuje kilka ostatnich dni III Rzeszy.  Ale nie tylko. Poznajemy kilka niechlubnych plotek o kobietach III Rzeszy, o mężczyznach III Rzeszy, o dzieciach III Rzeszy.

Po piąte:  (Menopauza)

A to opowiadanie, niestety, mnie znudziło i zatrzymałam się w jego połowie, nie czując żadnej potrzeby, aby brnąć dalej.

Po szóste: czyli męski punkt widzenia (Cykle zamknięte)

Kilka opowieści o miłości, kilka wspomnień marynarzy wypływających w półroczne rejsy. Opowiadania pisane z perspektywy mężczyzn, dla mężczyzn i – wbrew pozorom – o mężczyznach.

**********

 

Tytułowe zespoły napięć nie są bohaterami opowiadań. Przemykają pomiędzy, trochę bardziej  wyeksponowanymi, tematami (miłości, śmierci, opuszczenia, wyniszczenia) tak, jakby autor w jakikolwiek sposób – trochę na siłę - chciał do nich nawiązać. Tworzą klamrę - – menstruacyjną klamrę – która tak naprawdę nic nie wnosi, bo żeby ją w ogóle zauważyć, trzeba się skupić i szukać. Tak, pierwsze opowiadanie jest o pierwszej, ostatnie - o ostatniej miesiączce. I tyle. Niestety. Wiśniewski szczyci się tym, że tak wspaniale rozumie naturę kobiety. Jak dla mnie, to wszystko jest bardzo powierzchowne. Bo można by się w ogóle zastanowić, kto jest bohaterem opowiadań pana W. I czy aby na pewno jest to kobieta? Dobrze, że Wiśniewski interesuje się umysłami kobiet. Dobrze. Ale to tyle. Nie robi tego nadmiernie wnikliwie i dokładnie – mnie bynajmniej nie przekonuje. Ja bym się nawet ośmieliła powiedzieć, ze w jego prozie to mężczyzna wychodzi na pierwszy plan, a kobieta jest co najwyżej narratorką, która istnieje tylko po to, żeby być jego odbiciem, uzupełnieniem i istotą, która go wielbi i podziwia niczym prawdziwego Tarzana. Bardzo, ale to bardzo, nie lubię mężczyzn u Wiśniewskiego. Oni są zazwyczaj przejaskrawieni, przewrażliwieni na swoim punkcie, są zadufani w sobie i genialni. Mężczyzna jest inteligentny, cudowny, czuły, rozumiejący, wrażliwy – jest prawie jak kobieta, a to denerwuje mnie jeszcze bardziej. Kobieta natomiast w tym zbiorze jest … nikim… Nie istnieje bez swojego faceta; jest uległa, nie ma swojego zdania, jest płaczliwa i bezwolna. Po prostu bezwolna, mi się to bardzo nie podoba.

 

Wiśniewski gra na uczuciach i raczej wzrusza czytelnika, niż zmusza go do jakiekolwiek refleksji. Dla jednych to zaleta, dla innych – wada. Dla mnie jego książki (oprócz wspomnianej już genialności wpisania się w popkulturę) to hmmm… chwila odpoczynku i rzecz, o której zapominam tak szybko, jak książkę przeczytałam.

Mnie nie przekonuje. Jego prozę dobrze się czyta i tyle.
Rewelacyjnie, genialnie i wprost idealnie wchodzi się w schematy kultury popularnej. Brawurowo gra na uczuciach; wie, czego czytelnik oczekuje i podaje mu to na tacy. Trafia do niego. Gra na ogranych motywach, ale o to przecież w popkulturze chodzi.

Wiśniewski ma swój styl i swój język. Jest rozpoznawalny, ale nie wiem, czy to dobrze… Bo w gruncie rzeczy wszyscy jego bohaterowie – nawet jeśli noszą inne imiona (albo nawet nie)niczym się między sobą nie różnią – są jedną i tą samą osobą. Nie różnią się nawet stylem mówienia.

 

p.s. Kiedyś chciałabym przeczytać po prostu WIŚNIEWSKIEGO, a nie autora, który ukrywa się pod płaszczykiem kobiecości.

 

poniedziałek, 08 lutego 2010

Wampir z Ropraz to nie powieść. To też nie nowela. To opowiadanie, którego fabuła osadzona jest w zacofanej i zabobonnej Szwajcarii początku XX wieku.

Otóż w roku 1903 na miejski cmentarzu w Ropraz zostają odnalezione zwłoki młodej pięknej dziewczyny. Ale to nie wszystko. Zwłoki są rozszarpane, głowa prawie oderwana, serce wycięte, a przezute części jej ciała porozrzucane są po cmentarzu. Co w takim wypadku staje się priorytetem malej wiejskiej społeczności? A i owszem - znalezienie mordercy, tym bardziej, że kolejne zwłoki są bezczeszczone, a święta ziemia cmentarna kolejny raz przekopana...

Kim jest tajemniczy morderca, tytułowy wampir? Nie myśl czytelniku, że będziesz musiał rozwiązać kolejną zagadkę kryminalną. O nie! Tym razem autor podaje nam wszystko na tacy. Wiemy, kto jest podejrzany, kto aresztowany. Wiemy też, że za wampira uznany zostaje Charles-Augustin Favez. Bo któż lepiej pasuje na zboczonego zabójcę, jak nie człowiek chory, z czerwonymi oczami i wielkimi zębami? W dodatku ten, który gwałcił jałówki (!)? Cóż z tego, że dowody nie wskazują jednoznacznie na Faveza, a badania lekarskie mówią o tym, że ten dwudziestoletni facet nie byłby w stanie (ani fizycznie ani psychicznie) zabić człowieka. nie! Ludność Ropraz i okolicznych wiosek ma swojego wampira i to jest najważniejsze.

 

Tak naprawdę to Wampir nie jest jakimś tam sobie makabrycznym opowiadankiem. To studium przemieniania się zwykłego (?) człowieka w ofiarę, którą niekoniecznie jest. To też studium tego, jak strach, niepewność i ekstremalna sytuacja wpływa na człowieka. Chessex zadaje nam też pytania o to kiedy, gdzie i dlaczego rodzi się w człowieku zło. Zadaje pytanie o to, co jest ważniejsze - racjonalizm czy przeczucia i chęć zaspokojenia swojego (złudnego) poczucia bezpieczeństwa (prawie jak Mickiewiczowskie szkiełko i oko:) )

 

Narrację Chessex prawie bez przerwy zmienia - raz pisze w 1.osobie, raz w 3. Raz jest w centrum wydarzeń, raz - z boku. Raz jest obiektywnym narratorem - to znowu stosuje mowę pozornie zależną.

Bardzo, ale to bardzo podobało mi się, kiedy autor w pewnych momentach przechodzi w styl niemalże biblijny. Zaczyna zdania od spójnika, buduje wypowiedzi w sposób typowy dla KsiegiKsiąg. A to (oraz  krucyfiksy, czosnki i inne "czynniki obronne")  z kolei świetnie kontrastuje z protestancko-kalwińską Szwajcarią.

 

Zakończenie tak naprawdę jest bardzo proste, ale też sugestywnie - bardzo sugestywnie - pokazuje, jak przewrotne może być życie, jak łatwo z kata stać się bohaterem, jak z mordercy stać się tym, przy którego grobie modli się dziennie kilka setek osób. Dusznie, strasznie, ciemno i mrocznie jest w tym opowiadanku. Ale może to i dobrze... ?

 

 

 

Tych, którym proza szwajcarskiego prozaika się podoba - lub chcą po prostu poznać go bardziej - odsyłam do "Literatury na świecie", gdzie swego czasu publikowane były eseje, wiersze i inne teksty Chessexa. Szkoda tylko, ze żadna jego powieść nie doczekała się jeszcze polskiego tłumaczenia.

środa, 03 lutego 2010

Ja to jestem dziecko niedobre, niepokorne i bezczelne. Taka będę też tym razem.

Dziewczynka w czerwonym płaszczyku to autobiografia Romy Ligockiej - znanej lepiej jako kuzynka Romana Polańskiego.

Akcja - jeśli tak w ogóle można powiedzieć - rozpoczyna się, kiedy mala Roma ma około 5 lat, mieszka w getcie, gdzie warunki pogorszają się z dnia na dzień.  Dalej wędrujemy z dziewczynką i jej rodziną po kolejnych kryjówkach i mieszkaniach. Poznajemy trudne życie w czasie wojny, po niej, w czasach komunizmu, w czasach zmian, w czasach trudnych. Następnie poznajemy dzieje starszej Romy, jej romanse i jej przygody (to bardzo duuuże słowo).

Pierwszą część relacji Ligocka przedstawiła w narracji prowadzonej z perspektywy dziecka - to chyba powinno nas wzruszać; druga część - to już zapis dorosłej osoby, która ma w sobie coś z dziecka.  O ile pierwszą część przeczytałam dość szybko i sprawnie (i nawet mi się podobała), o tyle druga była dla mnie wielką męczarnią. Druga część była po prostu nudna i nieudana. A opisy życia Ligockiej - denerwujące i spłaszczone. Pisane jakby na siłę. Może powinnam się wzruszać, kiedy czytam o kolejnej depresji pani Ligockiej, o aborcji, o jej kolejnym nieudanym związku, ale - kurcze - mam wrażenie, że to tylko i jedynie jej wina, którą autorka próbuje zrzucić na karb strasznych doświadczeń wojennych. Proszę mnie źle nie zrozumieć - ja wiem (tzn mogę sobie tylko wyobrazić) jakie piętno potrafi odcisnąć wojna, ale książka Ligockiej mnie denerwuje i nic na to nie poradzę. Może to dlatego, że wszystkie bliskie mi osoby (i te, które po prostu znałam), a które przeżyły wojnę podchodziły do sprawy zupełnie inaczej. Próbowały bowiem zapomnieć albo oswoić, a nie - jak Ligocka - rozdrapywały świeżo zabliźnione rany.

Nie wiem, może jestem niewrażliwa, nieczuła, serce mam z kamienia, ale nie lubię bohaterki tej książki. Czasem jej współczuję, ale nie lubię. Nie i juz!! Zazwyczaj, kiedy czytam książki o holokauście, o wojnie to się wzruszam. Może nie leję łez wiadrami, ale coś tam spłynie mi po policzku... A tutaj? Bardziej niż na samym okrucieństwie wojny, skupiałam się na czymś zupełnie innym....A mianowicie na tym, jak bardzo wkurza mnie autorka książki.

 

Mam bowiem wrażenie, ze książka Ligockiej jest po prostu sprawnym chwytem marketingowym. Bo czy to przypadek, że autorka wydaje książkę mniej-więcej w tym samym czasie, kiedy jej kuzyn robi wielki film Pianista. Czy to przypadek, ze pisarka powołuje się i inspiruje kasowym filmem Lista Schindlera??

Na półce czeka Znajoma z lustra Ligockiej, ale coś mi się zdaje, ze poczeka jeszcze długo, długo, długo... 

 

 

07:56, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (26) »
wtorek, 26 stycznia 2010
Kubuś jest bohaterem mojego dzieciństwa. Zaraz po Smurfach i Gumisiach; zdecydowanie prześciga Kaczora Donalda czy Myszkę Miki. I nic, nigdy!!, nie zmieni mojej miłości do Misia o Bardzo Malym Rozumku:) Nic! Nawet te okrutne spekulacja, jakoby Kubuś był Zombiakiem, mordercą czy otylym fanem miodku a jego przyjaciele - żądnymi zemsty potworami:) UWAGA! DLA OSÓB O MOCNYCH NERWACH:)
wtorek, 19 stycznia 2010

Lubię tego typu książki. Nie tylko dlatego, że są dla dzieciaków i sprawiają, że jednak trochę młodzieży czyta, ale przede wszystkim dlatego, że nie wymagają ode mnie zbytniego skupienia i mogę je czytać w bezsenna noc (jak to miało miejsce przedwczoraj) jednocześnie jednym okiem czytając, drugim -  próbując zasnąć, a trzecim - tym na środku czoła - oglądając "Mistrza i Małgorzatę ( swoją drogą szkoda, ze ten - w sumie dobry - serial, TVP emituje miedzy 1.55 a 3.40 w nocy)

A oto i smaczek literacki w wykonaniu Ewy Nowak: "niewierność jest motorem napędowym ewolucji. Warto o tym pamiętać, gdyż to tłumaczy wiele zachowań mężczyzn" (s.159)

23:34, asfaltowa_dziewczynka , szybki numerek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010

 

Metro. Jak dla mnie ... ideał...

Powstało w 1991 roku i teraz jest najdłużej gramym i najbardziej znanym polskim musicalem.

Polski musical z librettem Agaty i Maryny Miklaszewskich, muzyką Janusza Stokłosy, w reżyserii Janusza Józefowicza, grany jest w Warszawie już od ponad osiemnastu lat.

 

Bohaterami są mlodzi ludzie wkraczający w dorosłe życie i nie zazwsze z tym wkroczeniem potrafiący sobie poradzić. Rozczarowani, pozbawieni swoich ideałów, ale zarazem pelni pasji i .. zakochani. To spektakl o poszukiwaniu siebie, o świecie, o zyciu, o odpowiedzi na pytanie dokąd zmierzamy, czym jest sukces i ile za niego można zaplacić. Dlatego jest aż tak bardzo aktualny i przemawia do prawie wszystkich....

Dla mnie Metro nieodzownie łaczy się z Edytą Górniak, z Katarzyną Groniec, z Robertem Janowskim, Michalem Milowiczem, Boguslawem Lindom i Olafem Lubaszenko. I pewnie nowe wykonania nie przypadną mi aż tak abrdzo do gustu. Ot! przyzwyczajenie.

Dla mnie Metro  było i pewnie będzie utworem, który nie pozwala o sobie zapomnieć.

 

Relacja z gościnnego występu we Wrocławiu za czas jakiś (czyli po 20.01.2010)

01:10, asfaltowa_dziewczynka , sound of silence
Link Komentarze (4) »
niedziela, 03 stycznia 2010

JAKO ŻE W ROKU 2010 POSTANOWIŁAM PRZESTAĆ "CHOMIKOWAĆ", POSTANOWIŁAM POZBYĆ SIĘ MASAKRYCZNEJ ILOŚCI RZECZY, KTÓRE MAM W DOMU, ODGRUZOWAĆ PÓŁKI Z KSIĄZEK (OCZYWIŚCIE, NIE WSZYSTKICH) I ZROBIĆ MIEJSCE NA NOWE,

DLATEGO WIĘC ROZPOCZYNAM AKCJĘ: ODDAM KSIĄŻKI W DOBRE RECĘ. KTOKOLWIEK CHCIAŁBY COKOLWIEK Z MOJEJ KUPKI, ZAPRASZAM NA @.

 

LISTA KSIĄŻEK ZNAJDUJE SIĘ TUTAJ

 

UWAGA! WSZYSTKIE KSIĄZKI SĄ JUŻ "ZAJĘTE"

17:27, asfaltowa_dziewczynka
Link Komentarze (16) »
wtorek, 29 grudnia 2009

Dzisiaj będzie trochę mniej o samej ksiązce, a trochę więcej o autorce tejże.

Różowa książeczka o znamiennym tytule "Perfekcyjna pani domu" raczej odstrasza niż zachęca. Ale nie mnie, która program na podstawie tytułu uwielbiała wręcz.

„Perfekcyjna pani domu” to program, w którym stykają się skrajności. Mamy więc idealny dom Anthei Turner, do którego właścicielka zaprasza na weekendowy kurs dwie (lub w skrajnych przypadkach dwóch) zawalone bałaganem i zmęczone życiem kobiety. W przytulnym gniazdku, pod czujnym okiem pani sierżant, uczą się, jak składać ręczniki, jak przechowywać pościel, jak odkurzać i w jakiej kolejności myć naczynia. Następnie wracają do swoich domów, sprzątają, aż wióry lecą, aby po tygodniu móc ugościć Antheę i jej nieodzowną białą rękawiczkę. PPD sprawdzi każdy schowek i oceni, która z bohaterek odniosła większy sukces i zasłużyła na berło(miotełkę do kurzy –sik!)


Anthea Turner była gwiazdą brytyjskiej telewizji. Do czasu. Karierę zaczęła około roku 1989, ale jej apogeum przypada na lata 1992-2000, kiedy zaczęła prowadzić poranny program telewizyjny w ITV i stała się ulubienicą kur domowych. Wtedy to Anthea nawiązała też romans z żonatym producentem telewizyjnym - Grantem Bovey'em. I tym samym postawiła krzyżyk na swojej posadzie. Z dnia na dzień bowiem, angielska śmietanka towarzyska wyrzuciła młode małżeństwo poza margines. Tym bardziej, że interesy Granta przestały przynosić spodziewane zyski. Samo wesele przyczyniło się do upadku snu o popularności. Chodziło o, jakże popularne u nas, sprzedawanie praw do transmisji ceremonii ślubnej. Prasa okrzyknęła zajście nieeleganckim, sprzedajnym i podkreślała, że Turner i Bovey do siebie nie pasują, a ich związek, prędzej czy później, się rozpadnie. Wszyscy odwrócili się od nowopoślubionych nie tylko towarzysko, ale swoją dla nich pogardę pokazywali również brakiem jakichkolwiek propozycji współpracy. Ale Kopciuszek w szklanym buciku, kim niewątpliwie jest nasza bohaterka, dzielnie pokonywał źle siostry i macochę stojąc u boku swojego księcia na białym koniu. I tak w 2006 roku Anthea wróciła na wizję z programem „Perfekcyjna pani domu” robiąc powtórną furorę. Niestety, jej kolejna produkcja – „Help Me Anthea, I'm Infested – poległa zanim na dobre się rozkręciła i Turner musiała zająć się tym, co przedtem – czyli byciem dobrą żoną, idealną sąsiadką i PERFEKCYJNĄ PANIĄ DOMU. Teraz, u boku męża, króluje na brytyjskim rynku nieruchomości projektując wnętrza domów, które Bovey sprzedaje.

A.T. nie dała się. I swoje pięć minut w telewizji wykorzystała najlepiej jak można, a wiele gwiazdeczek mogłoby się od niej uczyć. Wydawała kasety z aerobikiem, pokazywała się tam, gdzie tylko mogła, wspomagała fundacje i akcje charytatywne, pisała książki i prowadziła show. Wygrywała konkursy i plebiscyty. Święciła triumfy.

 

Ja Antheę autentycznie lubię. Uwielbiam ją prawie tam samo, jak Pana Tadeusza. Ona przy całej swojej sztuczności i wyidealizowanym wizerunku jest szczera. Do bólu. Przyznaje się do tego, że już dawno, dawno sam nie sprzątała, że ma służbę, która robi to za nią i dodaje, że skoro nam (w domyśle: widzom) nie chce się sprzątać, to powinniśmy wynająć kogoś, kto zrobi to za nas. A jeśli nas na to nie stać, to weźmy mopa, sami posprzątajmy i przestańmy marudzićJ
Co również w niej lubię, to fakt, że ze swojego bzika (bo ona podobno naprawdę ma hopsia na punkcie porządku)potrafiła zrobić maszynkę do produkcji pieniędzy. I to się jej chwali.
Uwielbiam ludzi, którzy potrafią ze swoich wad (bo jej przesadny perfekcjonizm może być wadą) zrobić coś rewelacyjnego. Robią to, co lubią i przy okazji czerpią z tego korzyści majątkowe. A co!

Do programu PPD podchodzę z dużym dystansem, tak samo jak do książki. To jest show i tego się wszyscy powinni się trzymać. Książka może i nie powala ani elokwencją ani odkrywczością, ale jest sympatyczna (sympatyczny to rewelacyjne słowo – nic za sobą nie niesie). Powiela stare, dobrze znane babcine sposoby wywabiania plam, czyszczenia kuchenki czy przechowywania owoców. Ale zebrane w jednym miejscu są małym kompendium wiedzy o sprawnym prowadzeniu domu.

Nie do końca rozumiem niezadowolenie feministek, które twierdzą, ze Anthea wraca do średniowiecza i mówi głośno o tym, ze kobiety w sprzątaniu są po prostu lepsze (bo są!). Cóż. Jak już mówiłam do idei programu i książki trzeba mieć dystans i tyle.
Nie popadam też w kompleksy patrząc na idealnie umalowaną perfekcyjną panią domu i nie porównuję się do niej a jej idealnego 700-metrowego domu do mojej 40-metrowej kawalerki.

Wow! Się namęczyłam nad tą notką. Nie wiem, dlaczego…

 

23:10, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Blog Forum Gdańsk 2010