piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
niedziela, 11 października 2009

Otóż wczoraj późną nocą asfaltowa_dziewczynka obejrzała „Piłę”. I przyznaje się bez bicia – to był jej pierwszy raz. To znaczy z pierwszą częścią, bo pozostałe dziewczynka już widziała.

 

 

 

„Piła” jest filmem typowo popkulturowym – niskobudżetowa produkcja, która rewelacyjną reklamą zyskała rzesze fanów. Szkoda tylko, że reklamą, a nie innowacją, dobrą produkcją i dobrą grą aktorską. Powiedzmy sobie szczerze – „Piła” filmem jest średniawym i mocno niedopracowanym w szczegółach.

Założenie mamy takie samo, jak w „Cube” Vincenzo Natali.  Obce sobie osoby, zamknięte w małym pomieszczeniu i muszące rozwiązać zagadkę psychopaty. Tutaj chwilowo podobieństwa się kończą, bowiem w „Pile” mamy tylko dwóch porwanych, poza tym z przyczyn od nich niezależnych poruszać się nie mogą, a poza tym zagadka nie jest tak skomplikowana, jak w filmie Natali.



James Wan prowadzi widza przez kilka historii. Mamy więc retrospekcje przekazywane nam przez dra Gordona, ale mamy też równoległą historię jego żony i córki, mamy historie poprzednich zbrodni Pana Zagadki i próby ich rozwiązania, mamy w końcu historię nie mniej psychopatycznego od Jigsawa policjanta opętanego żądzą zemsty.  To początkowo męczy, bo widz przyzwyczajony do tego, ze dostaje wszystko na tacy ,  tutaj musi się trochę wysilić i kojarzyć kolejne fakty – a nie oszukujmy się, o 2 w nocy jest to trochę utrudnione. Poza tym, informacje dostajemy – przynajmniej na początku – w sposób zdecydowanie niechronologiczny. Ten film to taka trochę „powieść szkatułkowa” -  najpierw mamy dwie ofiary zamknięte w starej fabryce (?), jeden z bohaterów opisuje swoje doświadczenia z tym, który ich uwięził, stąd przechodzimy do opisu dawnych zbrodni Pana Zagadki (swoją drogą zastanawiam się czy nie jest to przypadkiem ukłon w stronę Kinga i jego Pana Dzwoneczka – to ciągłe podkreślanie „Pan Zagadka”, „Pan Dzwoneczek” – nie oszukujmy się, żaden policjant nie nazwałby psychopatycznego zabójcy „Panem” ), żeby z kolei poznać motywy postępowania równie „opętanego”  detektywa , który daje nam pogląd na żonę i córkę Lawrenca i wrócić do łazienki i naszych wspaniałych bohaterów – o których troszkę więcej później – skąd znowu trafimy do innej rzeczywistości.  Taki zabieg sprawia, że akcja mocno się rozmywa, a wątkiem głównym nie jest ani to, że Adam i Gordon są w pułapce i muszą się z niej wydostać; ani to, dlaczego tam się znaleźli; ani to w końcu to, dlaczego Pan Zagadka (czy jak wolą niektórzy Pan Układanka) poddaje próbie niewinnych (?) obywateli – mamy kilka wątków i żaden z nich nie wysuwa się na prowadzenie. Z drugiej jednak strony pozwala to spojrzeć na wiele rzeczy z kilku przynajmniej punktów widzenia.

Wróćmy jednak na chwilę do bohaterów. Fotograf i lekarz prezentują dwie skrajne postawy. Jeden z nich – krzyczy, próbuje wszelkimi sposobami wydostać się z pułapki, drugi – spokojnie i praktycznie bez emocji stara się racjonalnie ocenić sytuację. Mi bliżej do Adama, który robi dużo hałasu i mocno panikuje. Zresztą, taka postawa wydaje mi się zdecydowanie bardziej prawdopodobna psychologicznie. Już pomijam fakt, że zachowanie obu panów jest głupie i bardzo irracjonalne, a pomysł z odcinaniem sobie nogi nocno…naciągany (swoją drogą, dlaczego najpierw nie spróbowali ich sobie złamać, a potem bardziej „elastyczne” wyciągnąć z kajdan albo dlaczego Gordon nie przestrzelił łańcucha pistoletem i w końcu, dlaczego po prostu nie zabił Adama, skoro takie były zasady gry??– ale co ja tam wiem, mnie w końcu nikt nie zamknął w piwnicy z kajdankami na nogach (ironia) ).  Ale tak naprawdę widz nie może utożsamiać się z żądnym z bohaterów.  Detektyw David Tapp sugeruje, ze to Lawrenc jest mordercą, więc nie do końca mu (Gordonowi) ufamy, jednocześnie nie możemy wierzyć Adamowi, bo jest on tym, który śledził, widział i nie pomógł.  Detektyw – czyli tak naprawdę jedyny sprawiedliwy w tym filmie – też odpycha, bo wydaje się owładnięty maniakalną potrzebą zemsty i odnalezienia Pana Zagadki, a więc z zasady – jako chory psychicznie – jest uznany za niegodnego zaufania.
No właśnie… Policja w filmie jest masakrycznie nieprofesjonalna, że zęby zgrzytają. Ja już pomijam to, ze przeprowadzają przesłuchanie Gordona bez adwokata, pomijam to, że przesłuchują niedoszła ofiarę Pana Układanki (Amanda) bez psychologa, ale po kiego grzyba jadą na potencjalne miejsce zbrodni tylko we dwóch? Czemu nie wzywają wsparcia???



Co fenomenalne, w „Pile” nie ma zabójcy. Umówmy się – Jigsaw nikogo nie zabił. Ba! On nawet nikogo nie torturował. On co najwyżej zamyka bohaterów w specyficznych pomieszczeniach i warunkach, ale daje im klucz do wyjścia.  A tylko od nich zależy, co z tym zrobią.  Psychopata daje im wybór – rezygnujesz z czegoś na rzecz swojego życia. I w dodatku ich „nawraca”. Prawie jak John Doe w „Siedem”, który uważa sięga Boga i stara się naprawić społeczeństwo (nota bene Tapp mocno przypomina detektywa Somerseta).  Co więcej, on każe za grzechy odpokutować i zrozumieć swój błąd (żałuję za grzechy i pragnę się poprawić). Jeśli bohater nie zrozumie i się nie poprawi – trudno, gra skończona; nie wykorzystał szansy i musi ponieść tego konsekwencje. John Kramer – jak już napisałam – nie zabija, on co najwyżej doprowadza do sytuacji, w której ludzie popełniają samobójstwo lub doprowadzają do sytuacji, w której wola życia jest mniej silna niż strach. Ale! Nasz psychopata pomaga też odpowiednio żyć – naprowadza na dobrą drogę, a Amanda mówi nawet, że … jej pomógł. Jigsaw (a jego słowami i czynami twórcy filmu) stawiają pytanie czy jesteśmy w stanie wyzbyć się człowieczeństwa i zasad, aby ocalić samych siebie i swoje rodziny? Na ile jesteśmy zdolni zrobić coś, co nie jest zgodne z naszym kręgosłupem moralnym. I właśnie to jest pytanie – jak zachowujemy się w sytuacjach ekstremalnych?

 

 



„Piła” uznawana jest za film z gatunku gore, ale jak dla mnie do tego jej bardzo daleko. Po pierwsze – gore jest podgatunkiem horroru, a „Piła” jest co najwyżej thrillerem.  Po drugie ona tak naprawdę nie jest brutalna, tam nie ma krwi, flaków. W ciągu 1,5 godziny filmu są może dwie sceny, które można uznać za przepełnione brutalnością (ale trzeba naprawdę tę brutalność chcieć zobaczyć, jedną niech będzie wycinanie przez Amandę klucza z brzucha jakiegoś faceta i moment, kiedy Gordon odcina sobie nogę). Mamy więc w „Pile” wszystko, czego potrzeba – mgłę, ciemność, stare i opuszczone fabryki, mamy też przekonanie, ze zło czeka na ans wszędzie i niebezpiecznie blisko –a dopada nas ciągle, w czasie snu, w czasie pracy, w najmniej odpowiednim momencie,  ale brutalności tam trochę brakuje.

 

 

 

Dwie kwestie zostały jeszcze do omówienia – tytuł i aktorstwo. Polski tytuł „Piła” odnosi się do narzędzia, którym bohaterowie muszą zadać sobie ból, ale tak naprawdę jest to sprawa drugorzędna. „Saw” bowiem to wyraz pochodny od „see” czyli „widzieć”, które odnosi się do 1. widzieć cel życia, widzieć swoje powołanie, widzieć, jak zmarnowano sobie życie i widzieć, ze  Kramer pamaga nam je naprawić; 2. odnosi się do tego, ze bohaterowie za każdym razem byli obserwowani, nagrywani i sami obserwowali wiadomości, które im przekazano i widzieli (albo i nie) swoje błędy.
A aktorstwo to chyba najsłabsza strona filmu. Cary Elwes bardziej śmieszy niż przeraża, a finałowa scena, w której bledszy niż kreda wypełza  z łazienki raczej powoduje spazmatyczny śmiech niż lęk czy współczucie.  Poza tym – przynajmniej mi – nieodmiennie kojarzy się z Robin Hoodem (Robin Hood: Men in Tights)  czy, o zgrozo!, z Janem Pawłem II, którego też zagrał. Leigh Whannell wypada żałośnie, nie przekazuje swoim aktorstwem żadnych emocji, nie czujemy jego gry, a jego przesadzone miny wręcz denerwują. Michael Emerson (znany bardziej z „Lostów” niż z „Piły”) przemyka się przez ekran prawie niezauważalnie. Prawie cały czas widzimy tylko jego ręce, Tył głowy, ewentualnie kawałek płaszcza – a on był w założeniu największą „perełką” tego filmu, a Danny Glover, który ogólnie rzecz biorąc aktorem jest dobrym, dał tutaj wielką plamę i nieudolnie próbował naśladować Morgana Freemana ze wspomnianego już ”Siedem”.
W ogólnej więc rozgrywce aktorzy wypadają co najmniej kiepsko.

Asfaltowej_dziewczynce zdecydowanie „Piła” nie przypada do gustu…

p.s. proszę, jeśli tylko ktoś wie, niech mi wytłumaczy, dlaczego na jednym z plakatów jest odcięta ręka??

 

Tagi: film
22:14, asfaltowa_dziewczynka , peggy sue nie wyszła za mąż
Link Komentarze (7) »
Blog Forum Gdańsk 2010