piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
wtorek, 22 września 2009

BYŁA MATKA JOANNA OD PEDAŁÓW – BĘDZIE ŚW. ASIA OD TIROWCÓW

 

 

DLACZEGO „MARGOT” MI SIĘ NIE PODOBAŁA:

  1. Witkowski chciał chyba zabłysnąć i podkreślić swoje polonistyczne korzenie wklepując motto z  Owidiusza i jego „Metamorfoz”, ale jak dla mnie trochę się przejechał. 
    Bohaterowie Witkowskiego przemiany przechodzą – tutaj nie ma dyskusji, ale z przemianami Owidiusza niewiele mają one wspólnego.
    Tytułowa Margot najpierw zmienia się z dziecka (wychowywanego w domu dziecka, wykorzystywanego przez parszywą opiekunkę zwaną niepieszczotliwie „Kapral”) w tirowca (sorry, nie mam pojęcia, jak nazwać kobietę prowadzącą TIR-a, choć w sumie do Margot pasowałoby jak ulał – „tirówka”), a potem „idzie w noc” aby zaspokajać swoje (i nie tylko swoje) żądze seksualne i uprawiać dziki niezobowiązujący seks na parkingu przed stacją benzynową.
    Zmienia się Asia – mala zagubiona i samotna dziewczynka wychowywana przez „moherową” babcię (zresztą, sama Asia porównywana jest – jak dla mnie trochę błędnie -  z Magdy Buczek, a ci którzy to robią chyba nie doczytali) – zmienia się za sprawą cudu boskiego z niepełnosprawnego dziecięcia w … świętą odwiedzającą polskie kościoły i nawracającą zgubione duszyczki.
    Jest jeszcze Waldek – chłopak z polskiej wsi, który przemienia się w gwiazdę polskiej estrady ( i opowiadając swoją historię wyśmiewa polskich celebrytów). Tylko że nie do końca czuję, po co te przemiany są? Czy mają przypominać, że każdy z nas się – w ten czy w inny sposób - zmienia? Tylko czasem na te zmiany musimy poczekać? Czy to kwestia czasu, żebyśmy zrobili ten jeden krok do przodu i zrozumieli,  że to, co było jest już za nami?  A może wręcz przeciwnie – mają pokazać, że nie wszystkie zmiany są dobre i nie wszystkie niosą za sobą prawdziwą przemianę?


                                      



  2. Michał Witkowski w jednym z wywiadów powiedział, ze „Margot” to książka dla każdego (bodajże w DF to było).
    I tutaj następuje mały dysonans – bowiem „Margot” powieścią dla mnie zdecydowanie nie jest!! I ośmielę się nawet powiedzieć, ze proza ta skierowana jest tylko do pewnego rodzaju odbiorców.  Nie każdy bowiem potrafi utożsamić się z bohaterami, którzy są mało realni (mimo wszystko!) i często, przez swoje przerysowanie, denerwujący.

    A poza tym stara ludowa mądrość mówi, ze jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Tak więc pan Witkowski sam pod sobą dołki kopie.


  3. O ile pierwsza część powieści (może lepiej opowiastki) była nowatorska (pod pewnymi względami, oczywiście – jak choćby temat)  o tyle druga – cóż,  nie niesie ze sobą praktycznie nic nowego. Ośmieszanie i karykatura polskiego społeczeństwa i polskiego showbiznessu widoczna była w literaturze od dawna, a i Witkowski  nie wnosi do tego obrazu nic nowego.  Satyra Wiśniewskiego już była, satyra Leszczyńskiego już była, satyra „BB” czy „Baru” też była. Karykatura księdza i Kościoła a jakże! I można by o tym jeszcze czytać i pisać, gdyby autor „Fototapety” miał coś do powiedzenia, a tu, niestety, zonk. Powielane są stereotypy, utarte przekonania,  a postać  Joli Rutowicz zdecydowanie już nie śmieszy…



  4. Reklama na okładce. Po pierwsze – mogę wybaczyć różową, kiczowatą, silącą się na chick-lit okładeczkę, o tyle nie mogę pogodzić się z wyrażeniem „wulgarna i subtelna” – no ja cię proszę… albo subtelna (choć subtelności w tej pozycji nie widzę) albo wulgarna (czy aż taka wulgarna była, też się zastanawiam). Po drugie  reklama typu „prawa do wydanie w Szwecji sprzedano jeszcze przed ukazaniem się książki”  trochę razi, bo sprzedawanie praw do książki przed jej ukazaniem się nie jest niczym nowym, a wręcz jest czymś pospolitym w wydawniczym świecie, a zatem powodu do chwalenia się nie ma (po co się chwalić czymś  powszechnym??)
  5.  

  6. Nierówność w książce bije po oczach.  Pierwsza część to taki misz-masz, pomieszanie z poplątaniem, gadka-szmatka niewiele wnosząca, niewiele za sobą niosąca. Nagromadzenie wulgaryzmów niemalże nieuzasadnione troszkę razi – nie dlatego (Broń Boże!), że gorszą, ale nie mają żądnego w zasadzie sensu, są zbędne i przez to irytują.  I mimo tego, że  w „Lubiewie” też nie wszystko było uporządkowane i wytłumaczone – tam to nie raziło, a tutaj doprowadza mnie niemalże do  histerii.
    Druga część z kolei śmieszy, wyszydza nasze (polskie) przywary i jest dobrze.  Szkoda, ze całość nie była napisana w tym stylu, bo wtedy i owszem (!) potrafiłabym „Margot” obronić.


  7. Nie czuję tej książki, a szkoda, bo jeśli wierzyć Witkowskiemu  - poświęcił na nią parę lat, podróżował TIR-em do Szwecji , zamieszkał z rodzicami, a mamusia przynosiła mu kawę na taras, gdzie godzinami siedział i pisał…. – tym bardziej razi, ze język jest trochę sztuczny, nienaturalny, naciągany i niedopracowany. A cała „Margot” praktycznie wygląda jak napisana tylko po to, żeby zarobić, bo jak sam Witkowski twierdzi – lubi mieć dużo kasy!


  8. Nie potrafię wyczytać drugiego (ani trzeciego ani czwartego) dna książki. Może go nie ma? Chyba jednak wymagałam od Witkowskiego, który przecież złym pisarzem bynajmniej nie jest,  czegoś lepszego niż tandetnego słowotoku.  Pan Michał wybaczy, ale ani wulgaryzmy ani sceny dzikiego seksu już nie szokują.  Ba! One nie wywołują żądnych emocji oprócz irytacji, że znowu mamy to samo.


  9. Witkowski denerwuje mnie jako człowiek, a im więcej jest go w telewizji, w prasie, w Internecie – działa mi na nerwy tym bardziej.

 

 

A DLACZEGO SIĘ PODOBAŁA:

1.  Odwołania literackie (prócz Owidiusza). Mówię tu o odwołaniach, które Witkowski wkłada dosłownie wszędzie. Ale to w sumie u autora widać w każdej książce (czy będzie to „Lubiewo” czy „Fototapeta” czy „ Barbara Radziwiłłówna”)

2.  Porównanie orgii seksualnej do II wojny światowej uważam za niemalże genialne. I choć niektórych może gorszyć – mnie doprowadza niemalże do intelektualnego orgazmu.

Pomieszanie sacrum i profanum.  I nie mówię tutaj tylko o Asi (świętej), ale o każdym z bohaterów, który niesie ze sobą znamiona boskości (każdy w swoim świecie) w tym jakże profanicznym świecie.  







Pozostaje tylko jedno pytanie: może Witkowski wcale nie chciał napisać książki ambitnej, książki którą tłumy będą interpretowały na milion możliwych sposobów?? Może w rzeczywistości chciał napisać coś, co po przeczytaniu czego w głowie nie zostaje nic. Coś, co pozwala po prostu pośmiać się z rzeczywistości, a niekoniecznie zmusi czytelnika do refleksji. Może miała to być książka z cyklu pociągowo-tramwajowych.

 

p.s. Witkowski będzie we wtorek u Kuby Wojewódzkiego – już nie mogę się doczekac:)

10:30, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 września 2009

Kochana Mamo!

Wiem, że ostatnio długo się nie odzywałam, ale to dlatego, że miałam mnóstwo roboty.

Tutaj w Australii jest wprost cudownie. Znalazłam już mieszkanie, więc wyprowadziłam się z mojej speluny do drugiej mojej speluny; uczę się języka, pracuję (pamiętaj: żadna praca nie hańbi), ale na razie nie mogę ci powiedzieć gdzie…

Kangury skaczą pod moim oknem, słoneczko świeci, a ja -w przerwach nauki, oczywiście - opalam się i jestem już prawie czarna, latam na paralotni, skaczę ze spadochronem i wreszcie spełniam swoje marzenia.

Mamusiu, chciałam ci jednak napisać o czymś innym, a mianowicie o moich nowych przyjaciołach - o Marcusie i Frannie. Od razu uprzedzam twoje pytanie - nie! Nie są oni parą. Wiem, ze jesteś tolerancyjna i ze mogę ci wszystko powiedzieć, więc zdradzę ci sekret. Marcus to gej, więc dogadują się prawie idealnie. To typowi amerykańscy nastolatkowie, którzy tak naprawdę nie mają zbyt wielkich problemów. Frannie jest teraz na etapie podrywania Jeffrey`a i mam nadzieję, że go zdobędzie. Co będę dziewczynie żałować, prawda?? Wiesz… mi się wydaje, że to wcale nie jest aż tak dobrym pomysłem i będzie miało duże konsekwencje, ale postaram się nie "krakać"… Okazuje się jednak, Mamo, że ta dziewczyna nie ma za grosz pojęcia, jak poderwać chłopaka, więc Marcus jej pomaga. Pewnie zaraz pomyslisz, że to się źle skończy … i będziesz miała rację, bo ostatnio Marcus zaczął podszywać się pod F. i gada całymi godzinami z Jeffreyem na necie. Wiesz, on się tłumaczy, że  robi to dla jej dobra, ale ja przepraszam bardzo - takiego dobra to ja bym nie chciała… bo to jest tak: F. nie wie, że M. gada z J., J. myśli, że gada z F., a M. przy tym świetnie się bawi i … zakochuje… A w tle pojawia się jeszcze Garry. Skomplikowane to, Mamo, wiem, ale cóż… życie… I wydaje mi się (ba! Ja to wiem), że nic dobrego z tego nie wyniknie…

Oprócz tego u mnie nic nowego. Wszystko OK.  Napiszę niedługo.

Choć wiem, ze nie byłaś zadowolona z mojego wyjazdu - to była najlepsze decyzja w moim życiu.

Pozdrów tatę i trzymajcie za mnie kciuki.
Całuję,

Wasza dziewczynka.

 

 

 

Tak mniej-więcej wygląda sytuacja w książce "M or F" , "Chłopak czy dziewczyna". "M or F?" wywołała na polskim rynku niemałe poruszenie. Nie tylko dlatego, ze to powieść nurtu LGBT, który w naszym pięknym kraju z "gniazdem na gruszy bocianim" jest wciąż - delikatnie mówiąc - mało popularny, ale przede wszytskim ze względu na wydawictwo, które pokusiło o wypuszczenie tej prozy w niewinne rączki Polaków. Otóż oficyna wydawnicza "Znak" - kojarzona przede wszystkim z dziełami czołowych polskich (i nie tylko) Katolików - przetłumaczyła (o zgrozo!) praktycznie chick lit; w dodatku opowiadający (znów: o zgrozo!) o ... geju. A jak wszyscy dobrze wiemy gej ma tyle wspólnego z Kościołem Katolickim w Polsce, co ja z Grace Kelly. Podobno nawet "Znak"  na jakiś czas zaprzestał pracy nad wydawaniem "Chłopaka czy dziewczyny", jako że spotkał się z ogromną nagonką za ten "szaleńczy" pomysł.

Problem polega jednak na tym, że tak naprawdę homoseksualizmu w tej powieści jest niewiele. Marcus to zdeklarowany gej, ale o jego orientacji autorzy praktycznie wcale nie mówią. Jest ona na marginesie, nie jest nachalna i ogranicza się tylko do tego, że chłopak zakochuje się w facecie swojej przyjaciółki.

Powieść Lisy Papademetriou i Chria Tebbetts to leciutka opowieść o życiu dwójki nastolatków w pewnym amerykańskim liceum na prowincji i właśnie dla gimnazjalno-licealnego odbiorcy (w zasadzie tylko dla nich) jest ta książka.  Choć w założeniu (tak przynajmniej deklarują wydawcy) miała ona poruszać 'trudny temat homoseksualizmu' oraz akceptacji siebie samego i innych, to w zasadzie mamy tutaj historyjkę o kilku tygodniach z życia Frannie i Marcusa. Nie ma w niej nic odkrywczego, nowego ani nawet ciekawego. I choć, nie ukrywam, momentami śmieszy, to nie reprezentuje sobą wiele, a jej przewidywalność razi niemalże od samego początku. Spełnia jednak wymogi – tego nie mogę jej odebrać –gatunku (czy ogólnie pojętej kultury masowej), a zatem bawi, pociesza, pokazuje ‘jasny’ i optymistyczny obraz świata.

Jeśli przyjmujemy, że „M or F” to powiastka dla młodego czytelnika - z założenia powinna nieść za sobą  ‘jakieś’ walory wychowawcze. Pytanie tylko, czy rzeczywiście ta książka niesie za sobą w ogóle coś więcej, niż trochę humoru. Gdyby dobrze poszukać, można by powiedzieć, ze „Chłopak czy dziewczyna” uczą tolerancji, ułatwiają próbę odnalezienia siebie i własnego miejsca w świecie, pokazują, ze nie możemy w życiu kierować się stereotypami i przypuszczeniami, musimy być szczerzy , dobrzy, mądrzy, cudowni, wspaniali (tutaj, oczywiście, popadam już w zamierzoną ironię).

Szkoda tylko, że tak naprawdę powieść jest w pewnym sensie niepokojąca. Bo jeśli przyglądamy się dokładnie bohaterom, to dochodzimy do wniosku, że są oni nie tylko dwuznaczni molarnie (Marcus), nie tylko wręcz głupi (Frannie i jej znajomość geografii, historii i matematyki, ale też jej ‘wielki’ problemy pt. „jaką spódnicę ubrać”), ale alarmujące jest też to, że podstawowe relacje międzyludzkie bohaterowie rozwijają tutaj za pomocą Internetu i  nie bardzo potrafią je później przenieść na grunt niewirtualny. Więc jeśli tak ma wygląda współczesna młodzież, to ja się o nią zaczynam poważnie bać.

Wydawać by się mogło, że skoro ksiązka została napisana przez dwójkę w miarę dobrych autorów (dobrych w teorii, bo w rzeczywistości są tylko "rzemieślnikami"), to język bohaterów będzie zindywidualizowany, postaci barwne, psychologizacja pogłębiona, a tymczasem mamy dwójkę nastolatków, którzy nie różnią się niczym - oprócz płci. A szkoda, bo w ten sposób dostajemy kilkaset dokładnie takich samych zdań. 

   *    

Tak naprawdę kolorowymi postaciami są tutaj tylko super-wyluzowani rodzice Frannie i ‘nowoczesna’ babcia Marcusa. Oboje są ironicznym obrazem liberalnych Amerykanów, a autorzy w bardzo delikatny sposób przemycają karykaturę współczesnego świata amerykańskiej prowincji.

Szkoda że psychologizacja bohaterów została pominięta. Praktycznie w żaden sposób nie uczestniczymy w ich „życiu mózgowym” i tak naprawdę niczego się o nich nie dowiadujemy. Oni nie myślą o swoich dylematach, nie analizują błędów, nie zastanawiają się nad problemami. A narrator (3 osobowy, bo mamy też narratora 1-osobowego) nie sili się na jakiekolwiek doinformowanie czytelnika w tej kwestii. Tak naprawdę nie rozmawiają ze sobą i nic (prawie nic) nawzajem o sobie nie wiedzą. A podobno są przyjaciółmi…

Gorsze to niż najgorszy chick-lit, gorsze niż harlequin, gorsze niż Szwaja... Na tyle złe, że chyba szkoda dwóch godzin, których potrzeba na przeczytanie dwóch setek stron. To już lepiej (o zgrozo!) zobaczyć film…

-------------

* różowy trójkąt poczatkowo stosowany był w obozach koncentracyjnych III Rzeszy w ramach oznakowania mężczyzn umieszczonych w obozie za homoseksualizm

Tagi: literatura
18:48, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (3) »
sobota, 05 września 2009

UWAGA SPOILERY!!

 

Motyw dziecka w horrorze jest niezwykle popularny i wdzięczny. Bo cóz bardziej wzruszy, wystraszy i zmusi do refleksji niż los i cierpienie biednego, małego, bezbronnego dziecka? Sceny, w których dzieci stają się ofiarami sił ciemności, budzą przerażenie, choćby ze względu na to, że są niewinne i czyste, a muszą tak straszliwie cierpieć i najczęściej samotnie zmagać się ze złem.

Dziecko w horrorze jest postacią pojawiającą się niezwykle często i spełniającą specjalną rolę. Jest zdecydowanie bardziej wrażliwe niż dorosły - to właśnie ono jako pierwsze wyczuwa wrogie siły oraz szczególnie łatwo ulega opętaniu.

I ten odwieczny problem ( skrzywdzonego dziecka) wykorzystuje Jaume Balaguero w "Delikatnej". Katalończyk wykorzystał ten stereotyp prawie perfekcyjnie. Prawie robi jednak wielką różnicę. Cóż zatem mamy w filmie? Przez pierwszą godzinę dzieje się ... NIC.

 

W starym, niespełniającym standardów szpitalu (który przenoszony jest już od jakiegoś czasu), pozostała tylko ósemka pacjentów - małych dzieci, co więcej - małolaty mówią ciągle o 'mechanicznej dziewczynce', która krzywdzi je łamiąc im kości. Duch meszka na drugim - zamkniętym od 50-ciu lat - piętrze szpitala (co ciekawe, parter, pierwsze i trzecie piętro są ciągle czynne i używane).

Jako że w szpitalu została też bardzo okrojona ekipa pielęgniarek, lekarzy i ochroniarzy, pojawia się tam Amy Nicholls (Calista Flockhart), aby pełnić nocny dyżur. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że już pierwszej nocy pielęgniarka zostaje ze swoimi podopiecznymi zupełni sama (nie licząc nocnego stróża, który pokazany jest tylko na moment). I o ile to można wytłumaczyć brakiem personelu (którego nota bene w dzień jest strasznie dużo), o tyle nie mogę sobie wytłumaczyć, dlaczego służba medyczna na nocnej zmianie bierze tabletki nasenne i … idzie spać…

Wróćmy jednak do fabuły. Amy, która w teorii po nocce powinna mieć wolne, zostaje w szpitalu, aby dalej "pełnić swoje posłannictwo". Już pierwszego dnia spoufala się z Maggie, małą dziewczynką [która (o zgrozo!) przypomina pielęgniarce jej niedawny błąd w sztuce (swoją drogą - skąd całą ekipa szpitala o tym wie?) ] zaznajamiającą ją z historią 'mechanicznej' zamieszkującej nieużywane piętro szpitala. Oczywiście, teraz akcja musi pójść choć trochę do przodu, więc Amy wybiera się na drugie piętro, aby odkryć tajemnicę - w domyśle ze względu na poczucie winy, obowiązku i wewnętrzny nakaz chronienia niewinnych osóbek, postanawia pozbyć się niechcianego gościa. Kto jej pomaga? A jakże. Maggie, która choć przeraźliwie boi się zjawy, to w imię przyjaźni nie tylko pokaże pielęgniarce, jak dotrzeć na przeklęte piętro, ale też będzie na nią niecierpliwie czekać, gotowa w każdej chwili pobiec po pomoc.

Muszę przyznać, ze widok drugiego piętra jest … wręcz fascynujący. I choć wywołuje - może nie strach - ale na pewno niepewność, to zwraca uwagę fakt, że wszystkie sprzęty, zdjęcia, karty pacjentów (dlaczego nie zostały zarchiwizowane?) są niewiarygodnie czyste - zero rdzy, kurzu, śladów zniszczenia. I nie ratuje tego nawet ich prymitywizm, który w założeniu miał podkreślić starość sprzętu. Ale tutaj duch się jeszcze nie pojawia. Amy musi przekonać personel szpitala, ze jednak dzieciaki mają rację i coś nieuchwytnego czai się w murach lecznicy. I prawie jej się udaje. Przekonuje jednego z lekarzy, aby pomógł jej odszukać 'mechaniczną' Charlottę. Błądzą więc po archiwum, przeszukują dokumenty i odkrywają tajemnicę… Jaką? O tym za chwilę.

 

Jaume Balaguero do motywu dziecka dodaje szpital, który jest miejscem - przynajmniej w teorii - służącym odpoczynkowi, rekonwalescencji, ale też zimnym, pustym, bezdusznym i nieprzyjaznym.

Reżyser postanowił zrobić jeszcze "coś", a mianowicie budynek umieścił na odludziu i  w dodatku na wyspie. I o ile wyspa pomysłem była dobrym, o tyle niewykorzystanym. Czemu bowiem miała ona służyć? W standardzie i w teorii jest miejscem zamkniętym (jak motyw zamkniętego pokoju w kryminale), osamotnionym, obszarem, z którego ucieczka jako taka jest utrudniona (lub niemożliwa); jest terenem na którym panują osobne zasady i zupełnie inne reguły, a ludność ją zamieszkująca jest społecznością zamkniętą o własnym - często nieskonfrontowanym z rzeczywistością "pozawyspową" - regulaminie społecznym. Balaguero  nie wykorzystał potencjału motywu, gdyż "przeklętego miejsca" jest w filmie tak naprawdę bardzo, bardzo mało. A szkoda, bo w horrorze najlepsze jest właśnie wtedy, kiedy bohater nie może uciec…

Nie wiem, kto z twórców wymyślił tytuł, ale zrobił to doskonale i jakże wieloznacznie. Bo tak w zasadzie nie wiadomo, do czego "delikatna" nawiązuje i co tak naprawdę oznacza.
Może chodzi o zawód bohaterki (-ek), który w założeniu ma nieść pomoc, pocieszenie i w DELIKATNY sposób doprowadzić do zdrowia. A jeśli do zdrowia doprowadzić nie może - wtedy w DELIKATNY sposób pomaga przejść "na drugą stronę". Cóż zatem za ironia, że 'potworem' jest tutaj (w filmie) ten, kogo najmniej byśmy się spodziewali. Ten, kto niesie DELIKATNE ukojenie i to w DELIKATNY spokój. Co więcej reżyser chyba zadaje tutaj pytanie, ile możemy ( i jesteśmy w stanie) zrobić z miłości i – opacznie zrozumianej – troski. Jeśli tak miało być, to chyba się nie udało...
A może DELIKATNOŚĆ ujawnia się w chorobie Charlotty - osteogenesis imperfecta - która charakteryzuje się łamliwością kości, a więc z dzieckiem trzeba się po prostu DELIKATNIE obchodzić? Niewielka, krucha istotka, której codzienna egzystencja niesie za sobą niemalże znamię katuszy, a jej łamliwe ciałko doświadcza wręcz niewiarygodnego bólu. Ta kruchość jest prawie namacalna i wystawiana na coraz to nowe próby.
DELIKATNA jest też Maggi, która ze względu na swoje 'nadzwyczajne zdolności' ulega 'wpływowi' ducha, DELIKATNA  i podatna na działanie sił obcych jest jej dziecięca, niesplamiona - jeszcze - dusza.
W zasadzie nie wiemy, czy tytuł nie odnosi się też do samej Amy i jej DELIKATNEJ psychiki. Może wcześniejsze doświadczenia nadwyrężyły psyche pielęgniarki i teraz DELIKATNIE (lub też nie) dają o sobie znać. W takim kontekście cały film można interpretować na płaszczyźnie cierpienia człowieka i odpowiedzi na pytanie, ile jesteśmy w stanie udźwignąć na swoich barkach. Na jak długo spada na nas ‘żałoba’ po dawnych winach i na ile mocna (czy krucha, DELIKATNA) okaże się nasza psychika w sytuacji ekstremalnej, stresogennej i dramatycznej.

 

Muzyka  Roque Bañosa dobrze oddaje napięcie, jakie towarzyszy całemu filmowi, ale momentami nudzi elementami przypominającymi śpiewy przyklasztornych mnichów.

W filmie denerwuje straszna nierówność. Przez pierwszą godzinę nic się nie dzieje – dzieci słyszą głosy, pielęgniarka im pomaga, nikt nikomu nie wierzy, Amy idzie na drugie piętro - a potem następuje lawina niewyjaśnionych wypadków. Wszystko przyśpiesza i się wyjaśnia.
Otóż duchem okazuje się – nie jak przypuszczano na początku – mała Charlotte, ale jej pielęgniarka, która chcąc zatrzymać przy sobie mała pacjentkę - łamała jej kości, a teraz krzywdzi nowe dzieci, które znowu maja opuścić szpital, a wraz z nim i naszą „cudowną” opiekunkę.

Jednak jest coś gorszego niż niewspółmierność, a mianowicie zakończenie. Dawno nie udało mi się widzieć czegoś równie komicznego, groteskowego, głupiego i karykaturalnego. Już pomijam fakt, że Maggie, która przez całą akcję panicznie boi się nie tylko wejścia na drugie piętro, ale dostaje niemalże drgawek na samą myśl o ‘mechanicznej dziewczynce’, to w finałowej scenie ucieka na przeklęty korytarz w poszukiwaniu swojego … kocyka. I tam, oczywiście, znajduje ją Amy, która prawie ginie „z rąk” zjawy. Jako że mała pacjentka wpadła w łapy ducha i „postanowiła towarzyszyć pielęgniarce w dalszym zamieszkiwaniu szpitala” (czyli po prostu umarła), Nicols w ramach niespełnionego obowiązku też pada trupem. Ale, ale… Nie może być przecież tak, że dwie główne bohaterki zasną snem sprawiedliwego. Maggi, która w międzyczasie – jak pamiętamy – stała się duchem, składa na ustach Amy ostatni pocałunek, który – niczym pocałunek księcia ze „Śpiącej Królewny”, którą oglądały dzieci na dobranoc – przywraca jej życie.

Problem polega jednak również na tym, że "Delikatna" ani nie straszy ani nie wywoluje lęku. Wywoluje, co najwyżej, chwilowy (bardzo krótki) niepokój. Nie sprawia też, że widz choć na chwilę zastanowi się nad przesłaniem filmu. nie sprawia, że czujemy ani nienawieści do 'potwora' ani współczucia dla niewinnych ofiar.
To w połączeniu z g

roteskowym zakończeniem prowadzi do tego, że uznaję „Delikatną” za tandetę niewartą zachodu.  Szkoda, bo film nawet dobrze się zapowiadał, ale przy końcu nie ratuje go nic.

Blog Forum Gdańsk 2010