piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
wtorek, 25 sierpnia 2009

Czy to, że czytam chick-lit oznacza, ze jestem głupia, mniej inteligentna i jestem "gorszym czytelnikiem"??

 Ogólnie chodzi o to: chick lit to literatura o (i dla??) 20-30-latkach z dużych miast, singielek, które zawsze mają ten sam problem: szukają księcia z bajki, który przyjedzie do nich na białym koniu i zabierze do swego pięknego zamku gdzieś daleko… I wszystko zbudowane jest na takim właśnie schemacie. Dodatkowo jeszcze mamy jakichś tam przyjaciół, parę gagów, kilka komicznych sytuacji i wychodzi coś lekkiego (głupiego?), przyjemnego i niezbyt ambitnego…

Cały spór polega na tym, że niektórzy uważają czytanie takiej literatury za uwłaczające ich godności, nie kalają się czytaniem tegoż, a czytelników, którzy zagłębiają się w nowy amerykański gatunek prozy, biorą za gorszych, głupszych i niemalże obrażających "tych lepszych" czytelników.

Nie mam, niestety, zbyt wiele czasu na to, żeby usiąść w fotelu z kubkiem herbaty (czy z lampką dobrego czerwonego wina) i poczytać, to co wymaga ode mnie skupienia i myślenia. Czytam w tramwaju, czytam w pociągu, czytam w pracy - takie warunki pozwalają mi sięgać tylko po to, co zbytniego zaangażowania mózgu nie wymaga… Dlatego właśnie na co dzień czytam ogólnie pojętą literaturę masową. Bo jest stereotypowa, bo operuje motywami, bo przy niej odpoczywam...

Czy ja naprawdę muszę codziennie czytać Witkiewicza, Becketta, a na deser Kanta??
Czy naprawdę nikogo nie obchodzi, że przeczytałam swego czasu prawie wszystkie dzieła Dostojewskiego, Andruchowicza czy prof. Romanowskiego...? Czy mam się tym szczycić i chwalić, że przeczytałam wszystko, co napisał Kołakowski? Czy znajomość na pamięć 4 ksiąg "Pana Tadeusza" to powód do dumy??

Przez kilka lat studiowania filologii przeczytałam więcej "ambitnej" literatury, niż niejeden Polak przez całe życie. I co z tego, skoro i tak jestem uważana za czytelnika "gorszej kategorii"?? Tylko dlatego, że "ambitnych" książek czytam 12 rocznie, a popkulturowych ponad dwieście...

Tak naprawdę uważam, ze i tak podnoszę średnią czytelniczą Polski na tyle, że wyrabiam normę za 14 moich rodaków…

Czy to, że piszę pracę magisterską z folkloru oznacza jednocześnie, że jestem "wsiurem"??

I tylko się zastanawiam: gdyby wszyscy czytali tylko "DOBRĄ" literaturę, kto dyskutowałby ze mną na seminarium magisterskim o motywie pierścienia w literaturze i o tym, jak to się ma do "Władcy pierścieni" (robiła to prof. Ługowska)? Kto udowadniałby mi, ze literatura dla dzieci wcale nie jest taka zła (robił to prof. Waksmund)? Kto przekonywałby mnie przez cały semestr, że "Egzorcysta" to najlepszy horror wszechczasów (robiła to dr Lubczyńska); kto tłumaczyłby mi specyfikę thrillera metafizycznego (dr Gemra)? Kto napisałby "Słownik kultury popularnej"?

I wreszcie: gdyby wszyscy czytalibyśmy "ambitną" literaturę, skąd wiedzielibyśmy, ze jest dobra?? Nie mielibyśmy punktu odniesienia, a ja nie doceniałabym - czytanej raz w miesiącu - dobrej książki...

W takim razie - że pozwolę sobie na trochę przesadzone porównanie - skoro dzielimy (czy ktoś dzieli) literaturę na "dobrą" i "złą", a czytelników na "mądrzejszych" i "głupszych" - od tego już tylko krok do Nietzschego i jego teorii nadczłowieka - a co z tym zrobił niejaki Adolf H. wszyscy wiedzą…

Moja propozycja jest taka: dajmy tym wszystkim, którzy czytają tylko "ambitną" literaturę Literacką Nagrodę Nobla i czyńmy im pokłony, a mnie - która czaty te gorsze rzeczy - zostawmy w spokoju!!

Przepraszam zatem, że przed snem nie czytam "Ulissesa" (którego nota bene -w przeciwieństwie do niektórych czytających "genialną" prozę - udało mi się przeczytać) ...

Ale co ja się tam w ogóle odzywam - w końcu czytam tylko "romanse, Grocholę i czasem Krajewskiego…"?

Lubię popkulturę, lubię pierdoły, lubię od czasu do czasu przeczytać TYPOWY chick-lit i … dobrze mi z tym… Wcale nie czuję się z tym źle, nie czuję się gorsza ani głupsza, a jeśli ktoś sądzi inaczej … to jego problem...

 

 

piątek, 21 sierpnia 2009

"Lord, help me be the person my dog thinks I am"* - to zdanie zrobiło prawie taką furorę, jak debiutancka powieść jego autora.

Trudno powiedzieć, czy Wiśniewski pisząc "Samotność w sieci" domyślał się, ze książka zrobi aż taką "karierę", ale przypuszczać można, że - nawet jeśli sam o tym nie chce mówić - po cichu marzył, ze spisanie losów dwójki bohaterów odmieni życie nie tylko jego, ale i kilkudziesięciu tysięcy (jeśli nie więcej) czytelników.

 

"Samotność w sieci" nie jest opowieścią z wysokiej półki. Ba! Ona jest typową powieścią popkulturową. Przeznaczoną dla masowego odbiorcy, a więc - z założenia - "gorszą".

Ortega y Gasset twierdził wręcz, że o ile jednostka posiada jakieś własności i wartości, o tyle grupa (czy masa) takich wartości już nie posiada. Co za tym idzie - kultura (a więc i literatura) starając się dotrzeć do jak największej rzeszy odbiorców powoli upada, gdyż to, co przeznaczone dla ogółu tarci swoją wartość. Oczywiście, jest to duże uproszczenie całego szkicu "Bunt mas", ale idąc dalej, dochodzimy do wniosku, że kultura masowa jest gorsza, nie ma żadnej wartości i nie niesie za sobą nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób "bronić"**.

Czy zatem Wiśniewski pisząc "Samotność w sieci" - która przeznaczona jest dla szerokiego grona odbiorców - sprofanował literaturę?

Trudno chyba mówić o jakiejkolwiek profanacji, skoro literatura masowa już dawno tę wyższą sprofanowała. Oprócz tego - zauważmy - autor garściami (i to pełnymi) czerpie z dzieł wybitnych i tych, które uznane zostały za genialne. Bo Wiśniewski nie pisze nic nowego. Powiela stereotypy i archetypy (nieszczęśliwej miłości, śmierci, choroby, miłości na odległość i wiele, wiele innych), ubiera je jednak w "nowe ubranko". W ubranko internetu, co jednocześnie sprawia, że czytelnik dostaje coś, co już zna, "zalane" sosikiem nowości. Bo o to przecież w powieści masowej chodzi - ma czytelnikowi dostarczyć to, co pozwoli mu mieć "władzę" nad dziełem, wiedzieć, co może się zdarzyć, ale jednocześnie potrzebuje on czegoś nowego, czegoś, co przyciągnie, nie znudzi i nie sprawi, że książkę będziemy chcieli odłożyć na półkę "na zaś".

 

 

"Biblia polskiej popkultury", jak chyba można nazwać "Samotność...", to powieść, którą autor stara się osadzić w znanych czytelnikowi realiach. Przynajmniej w założeniu, gdyż w 2001 roku, kiedy to ksiązka została wydana - internet nie był przecież aż tak popularny, jak dziś. Może więc to było jednym z powodów jej bestsellerowości? Może czytelnik, który nie jest "absolutnie" zaznajomiony z netem - chce poznać bliżej zjawisko, w które dopiero "wchodzi"? Poza tym, pamiętajmy, że osiem lat temu świat wirtualny był przeznaczony dla "elity". To wyższe struktury drabiny społecznej miały do niego dostęp, a więc temat ten był tym bardziej "trafiony" gdyż dla sporej ilości czytelników pozwalał "wejść w lepszy `bogatszy` świat"; ten z kolei przeciąga i mocno do siebie przywiązuje, dając złudzenie uczestniczenia w czymś elitarnym, dostępnym tylko dla wybranych.

 

O stronie fabularnej książki nie ma sensu chyba zbyt wiele pisać, ze względu na to, ze jest ona dość znana. Ale - dla niewtajemniczonych - mamy tak: Ona i On rozmawiają ze sobą na necie; zakochują się w sobie, po drodze czeka ich 7 milionów przeszkód, żeby na samym końcu pozwolić im się spotkać i skonfrontować wyobrażenia wirtualne z prawdziwym światem. Bohaterowie "naszej" powieści są niezwykle stereotypowi. Ona piękna, bogata, nieszczęśliwa w związku; On - piękny, bogaty, nieszczęśliwy w związku (bo w związku nie jest). Pytanie tylko, kto jest tutaj głównym bohaterem? Jest ich dwójka? Czy może jeden?

O ile Jakuba można uznać za BOHATERA, o tyle jego partnerka już na takie miano nie zasługuje. Przynajmniej moim skromnym zdaniem. Popatrzmy - autor nie posilił się nawet na to, żeby nadać jej imię. W kulturze nadanie imienia łączy się z przynależnością do grupy, do społeczeństwa. Dopiero nazwana rzecz czy nazwana osoba, zaczyna istnieć. Ewa (jak została "ochrzczona" w filmie) znajduje się na granicy - nie istnieje ani w świecie "naszym" ani w "innym". Jest w zawieszeniu***. A skoro jej "nie ma", to nie może być też bohaterem (równorzędnym). Zresztą, zauważmy, że postać ta jest zdecydowanie mniej wyeksponowana. Nawet w narracji trzecioosobowej (nie mówiąc już o meilach) praktycznie niczego się o niej nie dowiadujemy (oprócz tego, ze ma męża, dwie przyjaciółeczki i nosi zieloną bieliznę). To Jakub opowiada o sobie, opowiada o swoich miłościach, zainteresowaniach, książkach, które przeczytał i muzyce, której słucha… Jeżeli w książce mowa jest o kobiecie to tylko (i jedynie) w kontekście Jakuba - on ją informuje o swoich kolejnych "odkryciach", on ją prowadzi w zagłębienia genetyki, narkotyków i internetu, a Ona posłusznie, z lampką dobrego czerwonego wina to wszystko chłonie i coraz bardziej go uwielbia i coraz bardziej jest nim zauroczona i zafascynowana. Zresztą, nie tylko ona. I Natalia i Jennifer są nim oczarowane, ze w zasadzie przestają istnieć i giną w gąszczu sukcesów oraz osiągnięciach naszego bohatera. A on … On pozwala się adorować…

 

00:58, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (16) »

Jakub jest … idealny. Jest tak idealny, jak średniowieczny rycerz. Dzielny, wspaniały, cudowny, pełen poświęceń. I tak, jak Roland wybiera drogę śmierci.**** O ile jednak wojownik wybiera śmierć w imię wyższych wartości, to Kuba umiera z powodu - opatrznie pojętego - honoru i straconej miłości. Dlaczego honoru? Zauważmy, ze Ona porzuca naszego bohatera, czyniąc tym samym wielką rysę na jego honorze. Mężczyzna (samiec) - w założeniu - osiągnął swój cel - zdobył kobietę, a ona podejmując decyzję i porzucając go staje niemalże na jego poziomie, a  tym samym go degraduje (feminizm??). Jakub nie mogą znieść tego dyshonoru podejmuje decyzję, która w jakiś sposób (choć niewielki) ratuje jego reputację. Skoro kobieta podjęła decyzję dotyczącą ich związku, on chce pozostać "panem swojego końca". Z drugiej strony Jakub był skur…em. Nie oszukujmy się - zostawia Jennifer bez słowa (choć podobno była jego wielką miłością) i może właśnie porzucenie go przez Nią jest swoistą karą za grzechy? Zdaję sobie sprawę z tego, że być może jest to nadinterpretacja, ale  kto mi zabroni wysnuć taki a nie inny wniosek?

Jakub jest też przerysowany. Szczerze mówiąc - nie chciałabym, żeby mój mężczyzna był taki jak on. Bo jaki on jest? Przewrażliwiony, płaczliwy, przerysowany, ckliwy, snobistyczny, egoistyczny, nieodpowiedzialny, pełen braku jakichkolwiek zahamowań i pełen braku szacunku dla wartości (czy on czasem nie brnie w związek z mężatką mając tak naprawdę wszystko gdzieś??). Jakub - mały płaczący chłopczyk. Wzruszający się wszystkim, co widzi - bohater, którego mam ochotę walnąć pięć razy w twarz i powiedzieć, żeby wziął się w garść, a nie cały czas się nad sobą użalał!! Jednocześnie jest tak strasznie nierealny…Mały kujonek z wielkimi okularkami…

Ale! Zawsze jest "ale"… Postać Jakuba jest też taka, jaką wielu z nas chciałoby spotkać w necie. On jest uosobieniem  tego, co dla wielu jest ideałem, bo Jakub jest też wrażliwy, inteligentny, ma zawsze czas, wszystko zawsze wytłumaczy, otworzy się przed obcą kobietą, zrozumie (albo przynajmniej udaje, że rozumie), pozwoli się wypłakać i ponarzekać. Dlatego jest on chyba tak bardzo lubiany - bo uosabia to, czego nam w życiu brakuje.

 

Odnośnie zakończenia powieści. Wielu, naprawdę wielu czytelników nie mogło się pogodzić ze śmiercią bohatera (co prawda, nie jesteśmy tego pewni, ale się domyślamy). A ja uważam, że było to najbardziej trafne zakończenie, jakie mógł napisać pan Wiśniewski. Jakub jest osobą tragiczną (trochę też nierealną, ale to już osobny problem); powiedzmy, że spotkało go tyle nieszczęść, ze spokojnie można by obdarować jeszcze 10 osób. Właśnie z tego powodu poczułabym się rozczarowana, gdyby na końcu wszystko mu się udało. Czułabym się rozczarowana, ponieważ tracił on wcześniej (w ten czy w inny sposób) wszystko i wszystkich, dlaczego więc na końcu ma się wszystko odwrócić? Nie oszukujmy się - brak szczęścia jest "znakiem rozpoznawczym" Jakuba...

Powieść popularna ma nas oczyścić i doprowadzić do swoistego katharsis. Arystoteles (!) daje nam receptę: wystarczy wziąć postać, z którą czytelnik mógłby się utożsamić, niezupełnie złą, ale i nie całkiem doskonałą, i niech akcja prowadzi ją od szczęścia do nieszczęścia lub na odwrót, poprzez perypetie i rozpoznania****.

Literatura masowa ma nieść pociesznie, a szczęśliwe zakończenie ma dać satysfakcję, ze nie wszystko jest złe, a świat idzie ku lepszemu, ale akurat to, ze Wiśniewski odchodzi od rutynowych zakończeń - bardzo, ale to bardzo mi się podoba.

 

Narrację Wiśniewski poprowadził dość dobrze - to muszę mu przyznać. I choć mamy tu do czynienia z powieścią epistolarną, to w nowej odsłonie, ponieważ dostajemy nie same @ (listy), ale też rozmowy na ICQ. Do tego dodał Wiśniewski jeszcze trzecioosobowego narratora. A główna akcja przeplatana jest dygresjami (szczerze mówiąc DNA średnio mnie interesowało podczas czytania tej książki) i retrospekcjami, które dodatkowo wzmagają niecierpliwość i ciekawość czytelnika. Problem polega jednak na czym innym - często sama dygresja (jak np. historia Jima) są bardziej interesujące i lepiej zagrane psychologicznie niż postaci głównych bohaterów. Chyba nie najlepiej to świadczy o całokształcie powieści…?

 

Coś, co robi Wiśniewski niemalże po mistrzowsku to gra na ludzkich uczuciach. Gra rewelacyjnie. Gra na uczuciach rodziców, gra na uczuciach ludzi skrzywdzonych, gra na uczuciach ludzi szczęśliwych, gra na uczuciach ludzi niepewnych następnego dnia, doprowadzając ich tym samym do egzogenicznego płaczu….

 

Mój znajomy powiedział: "Ta książka jest tak fajna, ze nie chcę, żeby się skończyła". Mi do tego daleko. Uważam, że to przyzwoita powieść i tylko tyle. Fakt, miejscami bardzo dobra, ale ogólnie rzecz ujmując - tylko przyzwoita i przeciętna. Nie czuję się uwiedziona tą ksiązką (jak wiele czytelniczek), ale może ja po prostu nie jestem kobietą…?

 

p.s. Razi, strasznie razi, strona edytorska - tego autorowi nie mogę zarzucić, bo nie on za to odpowiada, ale korektor tekstu (moim skromnym zdaniem) powinien się jak najprędzej zwolnić (jeśli jeszcze tego nie zrobił) i powrócić na studia, aby dokładnie przypomnieć sobie zasady interpunkcji i zasad rządzących polskim językiem literackim...

 

 

Uwaga! Wysłałam do Pana Wiśniewskiego (Janusza zresztą) @ z prośbą o przeczytanie recenzji i o ustosunkowanie się do niej. Czy to zrobi? Zobaczymy. Obiecuje na swojej stronie, ze czyta WSZYSTKIE wiadomości. Może i przeczyta...

___________________________________________________________________ 

* za: link

** Ortega y Gasset Jose, Bunt mas, Warszawa 2008, passim

*** Eliade Mircea., Sacrum, mit, historia, Warszawa 1970, passim

**** Eco Umberto, Superman w literaturze masowej, Warszawa 1996, s.14

***** przeczytałam jedynie pierwszą wersję powieści, bez dodatkowego (kolejnego i niepotrzebnego zakończenia dopisanego przez Wiśniewskiego)

****** wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony autora (zalinkowanej wyżej)

00:58, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 sierpnia 2009

Tak jest! Asfaltowa dziewczynka zaczyna pisać bloga. Na blogu będzie dużo różnych rzeczy.

Będzie dużo o książkach, które czytam, które przeczytałam i których nigdy nie przeczytałam.

Będzie też dużo o filmach (filmach, serialach)

Będzie też o muzyce (o muzyce)

Czasami, na desere, z taką pewną dozą nieśmiałosci.. wrzucę też coś o seksie.

Zapraszam do czytania, komentowania i składania zażaleń (tylko w środy między 16-17) w jakiejkolwiek kwestii.

Pierwsza recenzja już niebawem :)

11:44, asfaltowa_dziewczynka , idę na plażę
Link Komentarze (4) »
Blog Forum Gdańsk 2010