piszę, myślę, jem, kocham... czytam, patrzę, uprawiam seks... słucham, palę... jestem...
poniedziałek, 23 listopada 2009

Pan, Panie Hołownia, nie ma żony, prawda? W takim razie, wszem i wobec, oświadczam, że ja nią (żoną, oczywiście) chcę zostać.
Tę refleksję o byciu Pana Drugą Połówką poczyniłam dziś, podczas czytania kultowych już chyba Tabletek z krzyżykiem.

Na wstępie też napiszę, że choć uwielbiam Hołownie, nie podzielam jego zafascynowania Kościołem, Chrześcijaństwem, Bogiem… Ba! Do wzorowego Katolika mi daleko, stąd wniosek, że na książkę patrzyłam z perspektywy osoby wychowywanej w rodzinie mocno katolickiej, ale osoby, która – mówiąc delikatnie –swojej wiary poszukuje.

 

TYTUŁ…

… i podtytuł: Pierwsza pomoc w lękach związanych z Bogiem, końcem świata, czyśćcem i duchami.

Najpierw zatem zastanowimy się na tym, czy aby autor przemyślał dokładnie sprawę tematu tytułu .
Okładkę zdobi siostra Czerwonego Krzyża na zdjęciu przerobionym na sepię – ubrana w niesamowicie czerwone usta(!) . Piszę „ubrana”, bo właściwie tylko te wargi i znaczki na jej piersiach i ramieniu rzucają się w oczy. Okładka zakładkowa, na której od razu rzuca się w oczy wielki cytat: Bóg dał nam rozum właśnie po to, byśmy nie wiedząc czy wątpiąc – pytali.
A zatem ja pytam – czym jest ta książka? Podręcznikiem? Katechizmem? Rachunkiem sumienia? Rozliczeniem?
Zastanawiam się tylko, dlaczego Szymon H. zastosował w tytule dwa słowa, które – mimo wszystko – wydźwięk mają niezbyt pozytywny. Otóż i „tabletki” i „pierwsza pomoc” kojarzą się automatycznie z chorobą. Czy Hołownia sugeruje zatem, że czytelnik, który sięga po jego książkę jest chory? Nie wiem, może autor staje na stanowisku, że osoba wątpiąca i poszukująca, jest jednocześnie wymagającą pomocy, a książka ma być „pigułką” na leki egzystencjalne, na pytania krążące w naszej głowie, na sceptyczne podejście do niektórych spraw związanych z wiarą.

Dwa – „tabletki z krzyżykiem”. Pamiętacie pastylki „na wszystko”? Ból, gorączkę, zakrzepy, zapalenia? Z krzyżykiem ułatwiającym dzielenie? Tak, to te same, które zostały wycofane ze sprzedaży, ponieważ zawierały szkodliwą fenacetynę (powodującą raka, uszkodzenia wątroby, płuc, wpływającą na złe transportowanie tlenu). Niezbyt dobre te tabletki były Panie Hołownia, a Pan ich mianem tytułuje swoją niezwykłą książkę? …

 

TABLETKI…

 

Książeczka składa się z czterech części (jak wspomniane wyżej „tabletki do wszystkiego”)– Tabletki o sławnych ludziach, Tabletki fundamentalne, Tabletki okołonaukowe(!) i Tabletki pośmiertne. Mamy też podziękowania, wstęp i instrukcję obsługi.

Hołownia pisze o Bogu (Jeśli Bóg jest Ojcem, to kto jest Matką?), o Jezusie (Skoro Jezus był Żydem, skąd to hiszpańskie imię?), o Marii (Maryja była mężatką czy dziewicą?),o fundamentalnych dla wiary chrześcijańskiej postaciach (Dlaczego król Dawid poszedł do łóżka z sąsiadką?). Ale pisze też o zwierzętach (Czy ryby też utonęły w potopie), o UFO, o Brownie, o HP, o zmartwychwstaniu (Ktoś kazał się spalić na popiół, zmienić popiół w diament i zamiast na cmentarzu leży w szafie z biżuterią. Jak zmartwychwstanie?, Czy przeszczepiona wątroba zmartwychwstanie w dawcy, czy w biorcy?).
Dziennikarz (bo dziennikarzem jest przede wszystkim autor) w zasadzie nie odpowiada na pytania.  A przynajmniej nie na wszystkie. On raczej pisze krótkie felietoniki na dany temat odwołując się do kultury masowej, w której przecież przyszło nam żyć. I nie boi się Hołownia mówienia o  treściach nie zawsze przez Kościół akceptowanych. I co fenomenalne odwołuje się przy tym do autorytetów- ale nie tylko autorytetów świata Katolickiego. Przywołuje klasyków literatury, sztuki, filozofii, muzyki czy w końcu nauki. To nie jest tak, że pisarz stosuje argumenty z cyklu „bo tak”. Każdy problem Hołownia okrasza cytatami, nazwiskami, tytułami, które odsyłają nas z kolei do trochę bardziej poważnej literatury (czy będzie to papieska encyklika czy teologiczne rozważania czy w końcu bzdurne eksperymenty). „Tabletki” tłumaczą dane zjawiska nie tylko w odniesieniu do innych czasów (bo dlatego Dawid poszedł do łóżka z sąsiadką, że było to w jego czasach dozwolone, ba! nagminne i pospolite), do historii, do społeczeństwa, do specyficznej kultury, ale też pokazują spojrzenie na konkretny temat z punktu widzenia niekatolika, publicysty, empirysty.

 

PIERWSZA POMOC…

Tabletki z krzyżykiem to książka niezwykła na polskim rynku wydawniczym. Niezwykła, bo chyba nie ma publikacji (czy autora), który w tak fenomenalny sposób pisze o – jakże poważnie w naszym kraju traktowanym – katolicyzmie.

Pisze Hołownia z niesamowitą dozą inteligencji, autoironii i masą humoru. Pisze w sposób przystępny i

Nie znajdzie się tutaj kazania. Chcecie homilii – idźcie do Kościoła. Hołownia nie nawraca na siłę. Ba! On po prostu o Chrześcijaństwie pisze. A że pisze niezwykle interesująco, z masą autoironii i dystansu; z masą humoru i sympatii; z masą  pomysłów i fenomenalnych puent.

Jedyne, co momentami wkurza, to nagromadzenie złotych myśli w stylu: ”Kochaj bliźniego swego…” i miejscami tandetnych skrzydlatych słów, których autor mógł sobie darować.

Hołownia przypomniał mi o kilku książkach, które miałam przeczytać, a nie zdążyłam; o kilku filmach, które miałam zobaczyć, a zapomniałam; o kilku grach, w które miałam zagrać, a nie miałam czasu; o kilku osobach, do których miałam zadzwonić, a mi się nie chciało.

 

______________________________

Jeden z moich profesorów powiedział kiedyś, że jeśli ktoś ma dar, potrafi niezwykle interesująco pisać o wszystkim, nawet o układzie rozrodczym nutrii.

Pan, Panie Hołownia, dostał dar. Skoro nawet ja – sceptycznie nastawiona do literatury religijnej – zachwyciłam się Pana książką, ten dar jest ogromny.

 

AMEN!

 

_____________________________________________________ 

*Zdjęcia pochodzą ze strony Hołowni (tu), z Merlina (tu) i z wp (tu)

** Chciałam w sobotę kupić nowa książkę Daniela Koziarskiego, ale - niestety - ani Empik ani Dom Książki ani Matras ani Akapit nie stanęły na wysokości zadania i w dniu premiery w żadnej z tych księgarni książki dostać nie mogłam (p.s. w Empiku będzie dopiero za jakieś 3-4 - do 7 dni, chociaż i sklep i magazyn główny znajdują się we Wrocławiu.)

_____________________________________________________

14:01, asfaltowa_dziewczynka
Link Komentarze (14) »
sobota, 21 listopada 2009

 

LINK

 

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO MOI DRODZY:)

08:21, asfaltowa_dziewczynka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 listopada 2009

Tak, czytam Nostalgię anioła

Tak, wiem, że to tandeta

Tak, płaczę

Tak, wiem, że ta ksiązka perfidnie gra na uczuciach

Tak, robię to po to, żeby z czystym sumieniem pójśc do kina

 

TAK, PODOBA MI SIĘ

Tagi: literatura
22:04, asfaltowa_dziewczynka , wrony
Link Komentarze (4) »
czwartek, 12 listopada 2009

Choć „Wykreślone imię” niewiele nowego przynosi, pamiętać musimy, ze młody czytelnik – do które w końcu adresowana jest powieść -  niewprawiony jest w schematach literacki na tyle mocno, aby wszystkie je zauważyć, wyłapać i zanalizować.

 

Na początku „Bad blood” mogłaby się wydawać ckliwą powieścią obyczajową – oto mamy młode małżeństwo (młode stażem), które stara się stworzyć nową rodzinę dla swoich dzieci z poprzednich związków. A w takim wypadku o konflikt nietrudno, tym bardziej, ze dwie dziewczyny  - o jakże podobnych imionach: Kat i Cat – walczą o uwagę i zrozumienie swojego rodzica. Mamy jeszcze dwóch chłopców – nad wiek dojrzałego Johna i zakompleksionego Roley`a. Nie dziwota zatem, ze początkowo akcja skupia się na kłótniach dzieciaków, próbach łagodzenia konfliktów przez rodziców i próbie stworzenia nowej rodziny. I o ile Peter robi to dość niezdarnie, ale sympatycznie; to Harriet denerwuje nie tylko swoje dzieciaki, ale i momentami czytelnika (chce być tak idealna, jak Bree z „Gotowych na wszystko” – i jakiekolwiek problemy nie mogą mieć miejsca w jej idealnym ognisku domowym).

Próbą scalenia dwóch rodzin ma być wyjazd do od dawna opuszczonego domu Ann – nieżyjącej już żony Petera. Pytanie tylko czy wycieczka do miejsca budzącego, nie zawsze zdrowe, wspomnienia pomoże scalić szóstkę tak naprawdę obcych sobie ludzi. Ja osobiście zrezygnowałabym, ale akcja nie mogłaby iść do przodu, gdyby nie tajemnicze domostwo. Nasza piękna rodzinka wyrusza więc w tajemniczą podróż do Krainy Jezior, gdzie znajduje się Szrama na Wzgórzu. Tym bardziej, że John, w momencie przejazdu przez bramę, widzi tajemnicze twarze w oknach samochodu.

 

Rhiannon wykorzystuje – dobrze w literaturze horroru znany – motyw opuszczonego i na nowo zasiedlanego domu.
Dom jest przestrzenią oswojoną, bezpieczną i znaną, dlatego zło, które wkrada się w ten obszar, jest tym bardziej niebezpieczne, bo niespodziewane. Często domostwo kryje w sobie zło nieświadomie uruchomione przez nowych mieszkańców – czy to przez otwarcie nieznanych drzwi czy przez odkrycie ukrytego pokoju czy przez uruchomienia tajemniczego przedmiotu, najczęściej zegara. Taką samą sytuację mamy w „wykreślonym imieniu” – Kat uruchamia mechanizm poprzez odnalezienie tajemniczego salonu i książek oraz zapisków tam schowanych. W dodatku, drzwi do pomieszczenia znajdują się nie tylko w szafie (czyli „przejściu” do innego, tajemniczego świata), ale również piwnicy, która wg symboliki – jako miejsce położone najniżej – jest najbardziej narażone na działanie sil nieczystych
[1].
Nie dość, że mamy nawiedzony dom, to mamy jeszcze potwora – Dalilę i jej trutnie. N. Carrol wymienia podstawowe struktury narracyjne horroru: złożoną strukturę odkrywania - wprowadzenie potwora – odkrywanie jego obecności – potwierdzenie istnienia i działania potwora – konfrontacja. I według tego schematu podąża Rhiannon. Najpierw pozwala Cat znaleźć Dalilę, następnie odkrywa przed czytelnikiem (i niezdającymi sobie z tego sprawy bohaterami) tajemnicze właściwości lalki, aby następnie doprowadzić do konfrontacji bohaterów z Dalilą oraz innymi nadprzyrodzonymi stworami.

Rhiannon Lassiter zrobiła coś fenomenalnego. W formę horroru włożyła to, co w horrorze najważniejsze – wyobraźnię. Poziom czystej grozy, zajęty przez „opowieści z dreszczykiem”, które stają się straszne tylko dzięki temu, co dostrzega w nich nasz umysł, czym uzupełnia je nasza wyobraźnia[2]. Dzieciaki (bo dorośli w tym wymiarze powieści „przestają istnieć”)  pozostają więc w świecie wymyślonym przez trzy przyjaciółki (Ann, Emily, Charlotte) i poznają kolejne nadprzyrodzone postaci: Lustro, Szybę, Kolonię Gawronów, Wampiriuszki, mocno ludzkiego Lisa, Sękacza i w końcu – najważniejszego w tym momencie -  Imieniożercę.
Nazwanie kogoś(czegoś) jest równoznaczne z przyjęciem do wspólnoty, ba! Jest równoznaczne z istnieniem i warunkuje naszą indywidualność. Bez imienia nas nie ma, pozostajemy nierozpoznawalni.  Imię nadaje władzę, a w literaturze fantastycznej (która zaczerpnęła to z kultur pierwotnych) poznanie ‘prawdziwego’ imienia przeciwnika, daje możliwość zapanowania nad drugą osobą i pokonania przeciwnika. Pamiętajmy też, że zmiana imienia równa się zazwyczaj z wstąpieniem na wyższy stopień wtajemniczenia i na wyższy szczebel „drabiny społecznej”, łączy się również z dostępem do specyficznego, trochę tajemniczego kręgu (i niedostępnego dla „zwykłych” – przypomnieć wystarczy zwyczaj obierania sobie nowego imienia w zakonach). Dlatego właśnie ten potwór jest najbardziej niebezpieczny, ponieważ kradnąc imię – czy to człowiekowi czy bohaterom powieści – kradnie również duszę, tożsamość i sprawia, ze postać przestaje istnieć
[3].

 

Można by się zastanawiać, czy horror jest odpowiednim gatunkiem dla małoletniego czytelnika, aczkolwiek byłoby to absurdalne, gdyż od dawna strach był  narzędziem wychowawczym, spełniał funkcję pedagogiczną i pomagał strzec dzieci i młodzież przed czyhającymi na nie niebezpieczeństwami. Tak sytuacja przedstawiała się jeszcze na przestrzeni XIX stulecia. Współcześnie nadal uważa się, że elementów strasznych nie należy całkowicie eliminować z literatury dla dzieci i młodzieży, gdyż młody czytelnik chętnie podejmuje tzw. grę ze strachem, która zaspokaja jego potrzeby emocjonalne i przynosi mu satysfakcję. Jak pisze Joanna Papuzińska: „pozbawiona negatywnych postaci bajka umiera, uchodzi z niej napięcie, staje się nudną historyjką, która nikogo nie bawi i nie ciekawi, świat jak się okazuje nie może istnieć bez zła, nadaje ono sens naszym wysiłkom, pozwala zauważać i doceniać dobro”[4]. Istnieją także inne teorie mówiące o tym, że zetknięcie się młodego czytelnika z literaturą strachu pomaga mu rozwiązywać własne problemy rozwojowe, pomaga oswoić się młodzieży z dorastaniem, otaczającymi ludźmi czy ze swoją seksualnością. Przywołuje Papuzińska także stanowisko B. Bettelheima, który przeciwstawił się „oczyszczaniu” baśni ludowych z elementów mogących budzić strach, gdyż twierdził, że odgrywają one terapeutyczną rolę w rozwoju emocjonalnym dzieci i młodzieży. Książki, które opisują uczucia, których dziecko się obawia, pomagają mu przezwyciężyć jego lęki, oswoić się z nimi, a także przede wszystkim je zrozumieć.

 

Lassiter w formie horroru przemyciła odwieczne lęki nastolatków o samoakceptację, własną tożsamość, swoje miejsce w świecie i wśród bliskich nam osób. Co więcej, autorka każe czytelnikowi zastanowić się – jakkolwiek banalnie to brzmi - nad siłą miłości, rodziny, bliskości. Proponuje przemyśleć kwestię tego, kim bylibyśmy bez domu i bez przyjaznych nam postaci; oraz w myśl powieści inicjacyjnej, pozwala czytelnikowi – razem z bohaterami – dorosnąć, okryć odwieczne prawdy życiowe i zacząć iść własną drogą.

Dwie rzeczy w powieści denerwują. Nie wiem, czy to sprawa tłumaczenia (tłum. Jacek Konieczny) czy oryginału, ale większość „trudnych” wyrazów ( np. „nadprzyrodzony”, „egzorcyzm”, czy odwołania do Biblii) są automatycznie i, niestety, dość nienaturalnie tłumaczone. To raz. A dwa – autorka pisząc zakończenie powieści chyba chciała zrobić to zbyt szybko. Za bardzo – trochę chyba „na siłę” – rozpędzała akcję, chcąc jakby jak najszybciej dotrzeć do końca, tracąc przy tym na wątkach, które tak naprawdę mogłyby być mocno rozwinięte i na tych, które wydawały się momentami bardziej ważne niż rozwiązanie tajemnicy Lisa czy Imieniożercy  (mnie np. bardziej interesowało, jak do całej sytuacji ustosunkują się Emily i Charlotte, jak wytłumaczą Alicji – która tak naprawdę nie do końca zdaje sobie sprawę z całej rozgrywającej się w jej domu sytuacji – kto jest jej ojcem i co tak naprawdę łączy dwie przyjaciółki).

W gruncie rzeczy jednak „Wykreślone imię” to powiastka bardzo przyjemna i przeznaczona nie tylko dla młodocianego czytelnika. Ten bardziej ukształtowany (nie tylko czytelniczo, ale i życiowo) odbiorca wyciągnie z książki coś więcej niż błahą historyjkę o przygodach pięciorga nastolatków, potrafiąc przy tym bawić się  - razem z autorką – konwencją, schematami, odwołaniami i motywami.


 


[1] por:Eliade Mircea., Sacrum, mit, historia, Warszawa 1970, passim

[2] S. King, Danse macabre, przeł. P. Braiter, P. Zienkiewicz, Warszawa 1995, s. 44.

[3] por: Eliade Mircea, op.cit., passim

[4] J. Papuzińska, Dziecko w świecie emocji literackich, Warszawa 1996, s. 88.

Tagi: literatura
17:51, shalava , wrony
Link Dodaj komentarz »
Blog Forum Gdańsk 2010