piątek, 02 września 2011
Kiedy dostałam do recenzji książkę "Ja, anielica" wybierałam się właśnie na urlop. Cieszę się bardzo, że miałam znowu okazję zajrzeć w życie Wiktorii, Piotra, Azazela (mojego ulubionego bohatera), Beletha i Kleopatry. Dla przypomnienia odsyłam recenzji poprzedniej części - "Ja, diablica" Tym razem Wiktoria - ponownie wplątana we wszystko przez diabły - trafia do nieba, albowiem Azazel, po nieudanym zamachu w piele, postanawia otrzymać skrzydła i zostać ... aniołem. Niezbyt dobrym aniołem, dodajmy:) Niestety, pani Miszczuk od ostatniej książki niezbyt rozwinęła swój talent literacki. Niemniej, nic to książce nie odbiera. Nie jest ważne, że postaci nie są zindywidualizowane, nie jest ważne, że są bardzo papierowe. W zasadzie nic nie przeszkadza. Książka jest rewelacyjna. Dialogi śmieszą, sytuacje wyciskają łzy (ze śmiechu), narracja przyprawia o zawrót głowy (ten pozytywny). Ponownie Miszczuk łączy komedię, fantastykę, kryminał, romans i powieść obyczajową. Biorąc z każdego gatunku to, co najlepsze, napisała książkę może niezbyt ambitną, ale rewelacyjnie odprężającą.
Katarzyna Berenika Miszczuk, Ja, anielica, Warszawa 2011 Premiera książki: 28.09.2011
czwartek, 06 stycznia 2011
Cóż może być bardziej fascynującego i intrygującego od skąpanego we mgle przedwojennego miasta i legendy o diable czyhającym na ludzi na każdym kroku? A. Taylor pokazuje nam, że nic. „Zaułek diabła” bowiem mami nas i fascynuje specyficznym klimatem, historią o sile nadprzyrodzonej i odrobiną faszystowskiej filozofii.
*********** recenzja ukazała się rownież a portalu www.dlalejdis.pl
czwartek, 30 grudnia 2010
„Kudłata” mogłaby spokojnie posłużyć za podręcznikowy przykład literatury kobiecej i chick – litu. Dorota Berg napisała bowiem powieść odtwórczą, opartą na motywach i schematach literatury popkulturowej. Dobrze odrobiła swoją pracę domową – widać, że czytała i Grocholę, i Szwaję.
********** recenzja ukazała się również na portalu DLALEJDIS.PL
czwartek, 16 grudnia 2010
Będzie krótko, bo tak wiele osób już to opisało…
Blog Forum Gdańsk, czyli dwa dni w Stoczni Gdańskiej; w miejscu, które za jakiś czas ma zmienić się w elitarne osiedle pełne loftów, apartamentów. Zanim to jednak nastąpi, postanowiono wrzucić tam kilkudziesięciu blogerów, wielu ludzi powiązanych z reklamą, internetem i ogólnie pojętą promocją. Pierwszy dzień – rozpoczęty wykładem, którego autorem był Sami Ben Gharbia – upłynął pod znakiem wolności w sieci. Sami przedstawił sytuację wolności w Internecie – wolności pozornej, wolności w krajach komunistycznych czy arabskich. A później rozgorzała dyskusja nt polskiej blogosfery. Czy polski bloger jest wolny? Czy ktoś, kto wstawia reklamy na bloga jest obiektywny? Czy owe reklamy ograniczają naszą wolność? Do żadnej konkluzji nikt nie doszedł – wyszło wszak na to, że ile osób – tyle opinii. Na koniec zostawiono dwa wykłady – dra Jana Zająca, który rozkochał w sobie publiczność elokwencją, poczuciem humoru i doskonałym przedstawieniem - tak nudnej, jak statystyka – rzeczy. Drugi wyklad – o kulturowych aspektach blogowania – przeprowadzony przez Martę Olcoń – Kubicką – to już trochę inna liga. Samo to, ze pani socjolog przeprowadzając prezentację o blogach na podstawie badań z 2001 roku, mówi samo za siebie. Następnie uczestnicy mogli wziąć udział, w jednej z dwóch, wycieczek: „Drogi do wolności” lub „Bursztynowy Gdańsk”. A później… Później miał miejsce pełen dyskusji wieczór integracyjny. Wieczór integracyjny zaowocował pomysłem wyjazdu do Sopotu, co też uczyniliśmy we czwórkę w niedzielę rano (jeszcze przed konferencją). Drugi dzień – pomimo moich zupełnie innych przypuszczeń - okazał się dużo gorszy. Choć znowu zagraniczne gwiazdy zawojowały scenę i choć wykład Briana Solisa uważam za genialny, to polska blogosfera i polscy prowadzący zrobili na mnie wrażenie co najwyżej średnie. Począwszy od Magdy Bigaj, która skupiła się tylko i jedynie na tym, jak prowadzić dobrego bloga ( choć tematem było pisanie o swoich zainteresowaniach na blogach); co więcej – w rozmowę (choć był o panel dyskusyjny) włączyła praktycznie tylko Elizę Mórawską, spychając na pobocze Segrittę i praktycznie zupełnie ignorując Rafała Dąbrowskiego. Jak dla mnie jednak totalną porażką okazał się panel prowadzony przez Marcina Jagodzińskiego (twórcę blip.pl). Jagodziński całkowicie zignorował publiczność – samo to, że nie pofatygował się, aby przedstawić swoich rozmówców można mu wybaczyć (bo zakładamy, ze wszyscy poznali się na wieczorku zapoznawczym), ale wszedł w rozmowę „z marszu”, pomijając zupełnie fakt, ze nie wszyscy wiedzą, iż Maciej Budzich dostał Lexusa (ja na przykład nie wiedziałam, tak samo jak i kilka siedzących obok mnie osób) i dlaczego. To są jednak małe niedociągnięcia, które wobec całości są bardzo, bardzo nieznaczne. Impreza wyszła świetnie. Była rewelacyjnie przygotowana, wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. I wbrew temu, co wróżyli niektórzy – nie była wcale nadęta, nudna i bezsensowna. Jedyne, co można zarzucić organizatorom, to fakt, że tak duży nacisk postawili na profesjonalnych blogerów – zupełnie ignorując tych „pomniejszych”.
środa, 01 grudnia 2010
Już wiadomo. Asfaltowa_dziewczynka jedzie do Gdańska na BlogForum 2010 Asfaltowa_dziewczynka będzie poznawała innych blogerów, Asfaltowa_dziewczynka będzie dyskutowała, zwiedzała i się zachwycała. A potem Asfaltowa_dziewczynka napisze relację.
wtorek, 30 listopada 2010
To nie jest książka, którą się czyta w tramwaju wiozącym nas do pracy. To nie jest książka, którą się czyta w pociągu. To nie jest książka, którą się czyta w pośpiechu. To książka, którą się czyta na spokojnie, przy lampce wina, przy cieplej (dobrej!!) herbatce. Najlepiej pod kocykiem, kiedy w tle sączy się fajna muzyka. Gretę poznajemy w sytuacji, kiedy opuszcza ona szpital. Zostawiłam za sobą przesiąknięte rozpaczą łóżko, sąsiada z bloku B, nałogowego onanistę, i pielęgniarkę obciętą na jeża z powodu jednego z pacjentów, który gdy miała je dłuższe, złapał ją za nie i mało nie skręcił jej karku*. Nie wiemy, dlaczego bohaterka w szpitalu się znalazła; wiemy jedno – chce uciec. Zacząć wszystko od nowa, zapomnieć… O czym?? Też nie wiemy… Każdy chce czasem uciec – Greta swój plan wciela w życie. Przyjaciółka odwozi ją na dworzec, żegnają się i … bohaterka zaczyna wszystko od nowa. Od tej pory prowadzi swoje samotne życie. Lubię swoją samotność. Nie rozumiem ludzi, którzy się jej boją. Samotność pozwala na zaczynanie każdego dnia od nowa bez obawy, że jest się za kogoś odpowiedzialnym, że jeśli wstaniemy za późno z łóżka, ktoś nie dostanie na czas śniadania, a ktoś inny będzie miał zasikanego pampersa** . Samotnośc pozwala mieć kontrolę. Ale czy naprawdę jest jej tak dobrze? Czy naprawdę odpowiada jej pracowanie po 14 godzin na dobę? Praca jest dobra, bo pozwala zapomnieć (choć na chwile). Czy naprawdę pasują jej krótkie, szybko kończące się i bezprzyszłościowe romanse? To pozwala nie brać odpowiedzialności za drugiego człowieka... Greta wybiera samotność. Samotność jest najbezpieczniejsza, bo wtedy nikt cię nie skrzywdzi, nikt z bliskich ci osób nie powie ci nic przykrego, nie obrazi, nie sprawi, że będzie się płakało. Ale w pewnym momencie w życiu Grety pojawia się On...Chomik...Mały, bezbronny i uzależniony od niej całkowicie wystraszony zwierzaczek bez ogonka. Czy pierwsza - od dwóch lat - żywa istotka zmieni postępowanie bohaterki? (pytanie retoryczne:) )
Edyta Szałek zadebiutowała Snem zielonych powiek niemalże genialnie. Dawno nie zdążyło mi się czytać równie dobrej polskiej książki z kręgu literatury popularnej. Autorka w sposób niemalże czarodziejski wprowadza czytelnika w świat bohaterki. Język powieści jest na tyle magiczny, że niemalże czujemy zapach chomiczych trocin, czujemy smak tortu serowego i magicznego drinka, który popija bohaterka. Jakby nie patrzeć, Edyta Szałek nie napisała książki odkrywczej - o samotności już było; o wyścigu szczurów - było; o miłości - było; motywy oniryczne - były. Ale Edyta Szałek na niezwykły dar - potrafi tak pisać, ze w jej bohaterce widzimy wszystkie nasze lęki, w bohaterce widzimy to, przed czym sami uciekamy. Ale napisała Edyta Szałek książkę magiczną, pełną wieloznaczności i niewiadomych. Stworzyła Szalek nowy świat. Zakończenie... Wieloznaczne, trochę zadziwiające, trochę niepasujące do całości, ale - napiszę to chyba 15 raz - magiczne. Z niecierpliwością, wielką niecierpliwością, czekam na kolejną powieść Edyty Szałek.
********************************************** * E. Szałek, Sen zielonych powiek, Zakrzewo 2007, s. 15 **Ibidem, s.33
wtorek, 12 października 2010
Są książki, które nawet jeśli nie powalają na kolana ambitnymi opisami, prześmiesznymi skeczami czy elokwentnymi dialogami, to czytamy je z uśmiechem na ustach, utożsamiamy się z bohaterami i z niecierpliwością przewracamy kolejne strony. Do nich właśnie należy "Przepis na życie" Nicky Pellegrino (znanej licznym czytelnikom z "Włoskiego wesela"). W zasadzie można się pokusić o stwierdzenie, że Włochy i lato to dwa tematy, które już na samym wstępie nastrajają pozytywnie do "Przepisu". Można by się również pokusić o kolejne stwierdzenie: że tylko to wystarczy, aby książka zyskała rozgłos. Ta druga teoria jednak upada, jeśli chodzi o nową powieść Nowozelandki. Pellegrino bowiem przekazuje czytelnikowi jeszcze "coś". Nie, nie podaje nam przepisu na życie na tacy. Nie, pokazuje jednak, że szczęście dla każdego jest czym innym, ze sami musimy je odnaleźć i że każdy z nas odnajduje je w innym momencie swojej egzystencji. Autorka zastosowała łatwy i stary sposób na zdobycie większej ilości czytelników: wprowadziła dwójkę bohaterów, trochę innych, ale i mocno podobnych, w różnym wieku, w różnym momencie życiowym. W ten właśnie sposób poznajemy Alice i Babettę. Pierwsza to młoda, ambitna i skrzywdzona przez życie (trauma gwałtu i porzucenie przez faceta) dziewczyna, która nie bardzo potrafi odnaleźć się w swoim życiu. Szuka siebie, próbuje uciec od problemów w ciężką pracę, odrzuca kochających ją ludzi. Nie potrafi ułożyć sobie życia. Alice postanawia wyjechać do Włoch, gdzie matka jej przyjaciółki kupiła dom. Druga – Babetta - jest jej przeciwieństwem: starsza, ułożona, zamężna, prowadząca osiadły tryb życia, lubiąca gotować, podglądać ludzi; będąca na przełomie i nie do końca pewna kolejnego dnia swojego życia. Niby różne, a jednak podobne. Ale Pellegrino nie sprawia, że obie bohaterki stają się przyjaciółkami, uczą się od siebie nawzajem. Powiedziałabym, że one raczej są obok siebie niż przy sobie. Fakt, ich losy przeplatają się, trochę uzupełniają. Szukają spokoju, uczą się gotować (Alice) i starają się znaleźć się w nowej, całkiem innej sytuacji. Autorka prowadzi dwie narracje równolegle, stara się, aby czytelnik polubił bohaterki. Nie są one doskonałe, popełniają błędy, nie potrafią podjąć odpowiedniej decyzji, widzą swoje porażki. Są ludzkie i swojskie. Przesadziła trochę Pellegrino z opisami. Można by je spokojnie opuścić (książkę w tym miejscu przekartkować), choć czasem – nie przeczę – ślinka cieknie przy opisach kulinarnych wyczynów bohaterów. To doskonała książka na zimne i ciemne jesienne wieczory, kiedy najchętniej położylibyśmy się do łóżka i zasnęli snem zimowym. Ona zasnąć nam nie pozwoli. Pozwoli za to na chwilę zadumy nad naszym życiem, znad naszym szczęściem, nad naszą rodziną. Pellegrino Nicky, Przepis na życie, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
RECENZJA UKAZAŁA SIĘ NA PORTALU DLALEJDIS.PL
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bla bla bla
Do re mi
La la la
Przeczytane
Spis treści
Tagi
|